niedziela, 7 maja 2017

No jak czasem coś przeczytam to koniec...

Ja się czasem natknę na jakiś tekst, albo zdania tylko dwa, czy słowa może tylko pojedyncze, że to się tak potem kołacze miesiącami. Tak, jak się rano radio na przykład włączy i potem cały dzień nuci te dźwięki...a one czasem są takie beznadziejne. Mam tak czasem ze słowem. To tak jak się pamięta szorstkie rozmowy albo kłótnie...i jak ktoś tak podjedzie słowem jakby pod paznokieć. Pamięta się.



W zeszłym roku pojechaliśmy do Sztutowa nad morze. Wyszłam wieczorem na taras bo nie dało się wysiedzieć w domku, na dworze zaś chłód jak cholera. I ta opadająca na włosy słona wilgoć. Przejrzałam wtedy sieć, zajrzałam na ulubione blogi i trafiłam na nowy wpis. Czasem ktoś ujmie moje myśli w słowa lepiej niż sama bym to zrobiła. Miażdżąco lepiej. A może po prostu autorka jest bardziej odważna, a ja tylko po kątach myśli takie odganiam. Przy całym moim uwielbieniu do pisania, kombinowania z tekstem, słowem, jego pięknem i przebiegliwością, przezornością - lepiej bym swoich myśli nie ujęła...Tekst pochodzi z bloga www.juliarozumek.pl.  TuTaj drzwi do jej bloga
Zostawiam Was z tym.

Czy on czy Ja


  • odmierzałam długość tych sznureczków i ucinałam. potem
    zawijałam do tych zakładek
    książkowych.

    była 23-cia. Leciał na Kulturze fajny film. Czasami na niego
    zerkałam.

    Za stołem przy komputerze siedział On. Jak zwykle obok ta
    łapka na muchy, bo On na te
    muchy poluje
    nieustannie..

    i naraz mówię do Niego..
    – popatrz, czas tak szybko płynie. za chwilę Ktoś z nas
    zostanie sam. 

    – taka kolej rzeczy Puszku, to będzie straszne..
    potem cisza..
    a ja już w tych myślach zostałam..
    bo choć człowiek na starość się zrzędliwy robi, wady tak
    mocno się potęgują i te pary już
    wiekowe co rusz w  
    sprzeczki wchodzą.. to przecież człowiek się od siebie
    uzależnia. i choć złości go u
    drugiego, że butów do
    szafki nie schował, że cukierniczki nie zamknął i ciasta nie
    przykrył, to żyć samemu już się
    nie będzie dało.
    nie będzie się chciało.

    przecież przeżyć z kimś całe życie. słyszeć jak do domu
    wchodzi, sandały ściąga, ręce
    myje, kawę robi,
    szlauch po podwórku ciągnie..

    i przecież jak to wtedy.. 
    gdy już wiekowa tu wejdę i Jego nie będzie. jak ja piec
    włączę i czy zapamiętam ten dzień
    w którym śmieci
    wywożą..

    usiądę nadal na swoim krzesełku, by ten z widokiem na
    okno zostawić Jemu. choć Jego
    tam nie będzie.

    będę łyżką przekładać twaróg z rzodkiewką na swój talerzyk
    i nie będę miała już Komu
    powiedzieć – nie jedz
    ze wspólnej miski, przełóż sobie. 

    nigdy tych drzwi nie otworzy. ani w nocy, ani po weekendzie.
    pogaszę wszystkie światła wieczorem. po schodach na górę
    wolno wejdę. położę w łóżku.
    a obok już nikogo
     nie będzie. i czy wtedy zasnę.. nie wiem. kręcić się będę
    albo płakać w głos… a może
    cicho, bo starość nas
    na to przygotuje. na taki dzień.. gdy z pogrzebu człowiek
    wróci. sam. do tego domu wróci
    sam. drzwi zamknie
    a tych drzwi On już nie otworzy.. ani chwilę po Tobie ani
    później, w wieczornej porze..

    i tak naprawdę nic się już nie będzie chciało i nic sensu nie
    będzie miało. w tym domu
    pełnym pustki i ciszy.
    bez Niego, co już wtedy będzie o lasce chodził po tych
    wszystkich upadkach crossowych.

    tylko ta laska zostanie gdzieś w kącie. może tam, przy
    drzwiach, koło tej szafki na buty.
    tak oparta jakby
    zaraz miał po nią wrócić..

    a On już po nią nigdy nie wróci…
    a może to będzie tak, że ja po sobie tę laskę w kącie
    zostawię.

    może On z tego pogrzebu wróci. usiądzie na tym krześle
    naprzeciwko okna i z miski na
    talerzyk sobie twaróg
    przełoży.. tak jakbym tam nadal siedziała i o to marudziła.

    zaśnie na pewno na fotelu przed telewizorem i nie będzie
    czuł potrzeby by do sypialni iść.

    samemu na tę pustą górę.
    i czy dzieci przyjadą Mu coś pomóc.. Czy Tosia pranie Mu
    posegreguje, czy fasolkę jego
    ulubioną zrobi i w
    słoikach zagotuje. Muszę Ją tej fasolki nauczyć gdy dorośnie.

    nie będzie się już złościł, że światło zostawiam zapalone, że
    te wszystkie ważne papiery i
    rachunki Mu co
    rusz sprzątam i nie może przeze mnie znaleźć..

    a może wtedy właśnie będzie zostawiał to światło zapalone,
    tak jakbym nadal była..

    czy w tym domu pustym się nauczy żyć..
    i jak po stypie opowie mi jak było?

    pewnie jak wróci to będzie chciał mi opowiedzieć, bo
    zapomni, że mnie już nie ma.

    a czy te kwiatki będzie pamiętał podlać, czy uschną całkiem..
    czy będziemy do siebie mówić w głos gdy już Któregoś z
    nas nie będzie..

    w ten pusty dom.. opowiadać sobie dzień, albo co u dzieci..
    te drewniane ściany będą wszystkie słowa spijać..
    dziecięcy gwar, młodzież, spokój, poważne rozmowy…
    pod koniec jedną samotną duszę, która spać do pustego
    łóżka pójdzie..
    wyłączyłam telewizor, postawiłam koszyczek z zakładkami
    na stół i zza monitora pokazałam mu ułożone z
    dłoni serce..
    dziś nasze drzwi otwierane i zamykane są milion razy. dzieci
    trzaskają, nie mogą domknąć
    tymi małymi
    łapkami, zostawiają na oścież otwarte i te muchy lecą.. No
    różnie.
    a wieczorem te drzwi otworzy On. ja tu będę. i położymy się
    razem spać.

piątek, 14 kwietnia 2017

CISZA jak ta i o słowach z drugiej strony kratki...

Czy może wtedy, kiedy już będę taka całkiem stara i sucha prawie...czy moje ręce chętniej się skleją i zwrócą ku górze? Czy jak już słyszeć prawie nie będę to wciąż usłyszę to, co dla człowieka jest najważniejsze? Czy jak już zęby wszystkie wypadną to zdołam zawołać jeszcze wyraźnie, halo Boże czy jesteś, gdzie jesteś? I właściwie po co nam to wszystko?


Lubię ten dzień-dwa przed Wielkanocą. Czas totalnej, duchowej ciszy, pytań i odpowiedzi, krzątania ale i mentalnego odpoczynku. To trochę jakby odetchnąć pełną piersią i powiedzieć: Tak, potrzeba mi ciszy jak nigdy wcześniej. Mówią, że wtedy rodzą się najpełniejsze myśli, pomysły, wiele się może poukładać, też w tym boskim sensie. Żeby było jasne...ja nigdy nie byłam bardzo kościółkowa - nigdy. Dla mnie życie z Bogiem u boku to nie siedzenie w kościele, bo przyjęło się, że tak trzeba. I ciągle mam gdzieś właśnie takie przekonanie. Znam mnóstwo ludzi, którzy wszystko zawierzają Najwyższemu, a nie ma nich za grosz ślepego dreptania ścieżek do kościoła w sensie pewnej instytucji. Znam takich, którzy są w kościele codziennie, a potem jadą po wszystkich, kłamią i są nieszczerzy. Nie chcę tak.


Lubię, jak mnie ktoś tak czasem szturchnie myślą, albo zmiażdży tak, że opada mi szczęka. Albo zaskoczy w tym duchowym sensie. Potem się to wszystko tak wwierca jakoś i nie ma siły - nie zostaje obojętne. Właściwie wciąż szukam takich ludzi, przewodników, odważnych i bezkompromisowych. Są. W przeciwnym razie może dawno bym się odwróciła od wszelkich przejawów jakiegokolwiek duchowego bytu... Ale ciągle jeszcze ufam, że coś jest na rzeczy, że może jednak nie sami o wszystkim decydujemy...może. Po moim ogromnym buncie, całkowitym odwrocie w ferworze wielu nieprzetrawionych pretensji jestem jakby spowrotem w Kościele. Z pewną dozą zadziwiającej niepewności stoję dopiero w progu. I to jest inne niż było kiedyś, kruche bardzo jakieś takie...łatwo to spieprzyć.


Kilka dni temu jeden z duchownych mnie pozamiatał. W konfesjonale. Sprawił, że może nawet stoję znowu nie we wspomnianym progu, ale przed nim. Na dzisiejsze, wielkopiątkowe uroczystości nie pojechałam. Ukochany pojechał, przywiózł kilka dobrych słów. Myślę, że jak można w chwili, gdy 190 miast w tym kraju organizuje masowe spowiedzi, żeby zaprosić jak najwięcej ludzi do wspólnego świętowania Wielkiej Nocy powiedzieć komuś, że właściwie w sensie religijnym to dupiato żyje? I że jak ja nie zawsze idę do kościoła w niedzielę to szkoda mojego czasu i - uwaga - zdzierania butów, żeby tu do spowiedzi przychodzić...skoro sobie chcę żyć po swojemu. A mi się właśnie wydawało, że jestem bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. DING!!!! Ja mam zawsze odpowiedź w rękawie, ale tym razem lipa...bez słowa zostałam. Tacy duchowni mocno dają odczuć, kto jest jednak w Kościele najważniejszy, taki bez skazy. Przeszło mi przez myśl, że może po prostu trafiłam na dziada...ale jeśli jest takich w skali kraju kilkadziesiąt, albo kilkuset??? A przez ich konfesjonał przejdą dziesiątki spowiadających się to może to dać conajmniej kilkusetosobowy ubytek w całej wspólnocie. I szkoda.


Zostaję ze swoją przepychanką myśli. Jutro zaczyna się dobry, ważny czas. Przesyłam moc uścisków i życzę spokoju, radości i wiele ciepła ze spotkań w mniejszych, czy większych gronach. Niech będzie głośno od śmiechu i ciepło od miłości najbliższych. Acha i szukajcie mądrych duchownych, wierzcie mi, że są.

Ze świątecznym Alleluja,
Wasza Z.



wtorek, 4 kwietnia 2017

PROSTO.

Czasem trudno mi przebić się przez ogrom treści, jakie napotykam wokół siebie. Wszystkiego jest mnóstwo. Dla mnie za duży wybór to jest koszmar. W księgarniach - dramat - nic wybrać nie umiem. Czytam tylko coś, co ktoś mi poleci, albo sama się tym zainteresuję. W wieszakach jak buszuję - koszmar - im więcej asortymentu, tym pewniejsze, że i tak nic nie kupię. Dawno przestało sprawiać mi przyjemność przeglądanie ubrań na aukcjach w sieci bo wszystkiego jest, jak dla mnie, za dużo. Taki kłopot z wyborem bo mam wrażenie, że wszystko się przewala, przelewa i nie da się tego udźwignąć... Może ktoś ma podobnie? Przez morze treści sieciowych, blogowych, wpisów fejsbukowych...nie mogę się przecisnąć. A wystarczy chyba, żeby było...prosto. Nawet mniej.


Mam takie przeczucie, że prostota dosłownie we wszystkim, absolutnie, się broni. Zamiast sukni z piórami - klasyczna, czarna. Zamiast wielu słów - proste zdanie wyrażające potrzebę czy uwielbienie. Zamiast wielu wieszaków - kilka naprawdę wyszukanych rzeczy. Zamiast wielu składników w daniu - kilka prostych smaków. Zamiast wielu książek, ulubionych blogów, stron www, podcastów - kilka z naprawdę dobrą treścią. Zamiast ekipy ludzi o średnim nastawieniu do mnie - kilkoro sprawdzonych, niezawodnych osób. Zamiast w donicy wielu kolorów, roślin i zapachów - kilka w podobnej tonacji lub o miłym zapachu. Zamiast rozbieganych sytuacji, zdarzeń, ciągłego latania gdzieś lub za czymś - proste życie.


Absolutnie cieszą mnie rzeczy najprostsze. Znajduję radość w czynnościach, nad którymi może się nawet do końca nie zastanawiamy. Lubię jak wszyscy jesteśmy w domu - razem. Lubię spotkania na kawie, jak znajomi wpadną. Lubię w ogrodzie pogrzebać i cieszę się, że go mamy. Lubię ciasto drożdżowe i mam radochę jak chłopaki zajadają. Lubię proste czynności, bo chcę żeby życie było proste...A ile można wtedy dostrzec! Lubię proste dźwięki jak muzykę odpalam na cały hajc, proste myśli zamiast wielogodzinnego rozmyślania. Lubię prosty przekaz i zwykłe rzeczy - jak kot przyjdzie na kolano. Lubię jak Przemko jest blisko i jak dziubie coś tam, a potem wychodzi z tego rzecz wielka. I jak rysuje. I klocki układa z Piotrulkiem. Zamienię samochodowy wypad za miasto za prostą jazdę na rowerze przez pobliskie pola. Wybieram książkę o konkretnej treści, niż przegląd tysiąca nowości w sieciowej księgarni. Wybieram prostą kawę zamiast takiej wymiksowanej z niezliczonymi dodatkami. Wolę rozmowę twarzą w twarz, niż taką pisaną, gdzie nie wiem czy ktoś się tam szyderczo nie podśmiewa. Wybieram proste wygodne buty, w których pójdę w świat, niż drogie botki w kolorze indygo, po to żeby koleżanki widziały...I prostą pracę ze zwykłym człowiekiem. I wdzięczna jeszcze jestem za te wszystkie doświadczenia, które mi taką prostotę pokazały...Udanego tygodnia, pozdrawiam ciepło:)
Wasza Zetka.












sobota, 4 marca 2017

Dusza z kawałków...

Mam chyba takie wnętrze, co się z wielu wnętrz składa. Takie złożone. Duszę z kawałków jakby... Jestem tu, w tym nowoczesnym wieku, ale gdybym nagle obudziła się w wieku osiemnastym też byłoby całkiem fajnie. Ja bym może nawet chciała... Albo tak w latach 60-tych!!! Dzwony bym nosiła, koszule w kwiaty i może bym była całkiem wyluzowana w sprawach damsko-męskich. Pojechałabym na ten słynny Woodstock - ten prawdziwy, w Stanach i śpiewałabym i krzyczała o wolności na całe gardło. Na całe. Lubię serial "Poldark. Wichry Losu" - o, a gdyby tak tam? Anglia, XVIII wiek. Mogłabym być tą w sukni satynowej, albo pięknej z atłasu i dziergać na szydełku całe dnie i wzdychać do ukochanego. Ale też bym się widziała na koniu, z potarganymi włosami, w obłoconych butach, stajnie mogłabym czyścić. Mogłabym na polowania jeździć, ale też cierpieć na "globus" i upadać w ramiona tego, w którym płynie arystokracka krew. I tu bym się widziała, i tu. U królowej Wiktorii mogłabym nawet w kuchni pracować, albo kiecki jej naprawiać, ale dobrze by mi było też wśród prostych ludzi, gdzie trzeba pomóc, bo dzieci chore. Albo zapałki mogłabym dla nich sprzedawać. Wszędzie być by się chciało.
Często myślę, że chętnie bym się widziała w mieście, mega dużym - takim Nowym Jorku na przykład. Mogłabym projektować ubrania, albo wnętrza i ogrody - bo lubię. Albo DJ-em bym mogła być w największej dyskotece w mieście. Koncert bym mogła zorganizować albo fotografią się profesjonalnie zająć. Każdy wieczór spędzałabym w klubach, w knajpach, gdzie dobrze grają. Kasyna mogłabym obsługiwać - bo grać to nie bardzo. Ale zwykłym nowojorskim taksówkarzem też bym była dobrym. Można by pogadać ze zwykłym człowiekiem, że trzeba zarabiać, że kapitalizm, że ludzie pędzą i że w miejskim parku znowu kogoś zgwałcono. Za taksówkowe oszczędności dzieci bym posłała do szkoły z czesnym, a potem na Harvard. Ale też mogłabym tam być tym imigrantem, co to go nikt nie chce. Może bym się wtedy swoich bardziej trzymała, takich Meksykanów na przykład. I więzi między ludźmi by się odrodziły i rodzina by była na nowo ważna. Tylko, że ja przecież odwróciłam się świadomie od miasta i jestem tu...
Ile to już tych kawałków?
W czasach wojen też bym się widziała - jako sanitariuszka. Bułki bym potajemnie dzieciom przynosiła, kradła bandaże, żeby pomóc zranionym. Porody bym odbierała tym biednym, wystraszonym kobietom, wódką odkażała rany i zawsze miałabym dla nich dobre słowo. Gazety bym mogła tajniacko drukować, ulotki roznosić. Ale jakby trzeba było to bym granatem rzuciła i czołgiem pokierowała.  Być tu i tu, taką i taką.
Duchowne życie też bym mogła prowadzić. To byłoby coś - taki Tyniec dla kobiet:) Albo w Indiach być naczelną joginką wszystkich joginek i umieć oddech zatrzymać na 10 minut i nogę przełożyć osiem razy przez szyję:):):) Mieć swój Zen. Ale być zwykłym człowiekiem co szuka swojej własnej duchowości też jest dobrze, a i wątpić mu bardziej przystoi i pytania może zadawać w nieskończoność, bo inni mu odpowiedzą...Może.
Filmy bym też mogła robić, i książki obowiązkowo pisać. Być takim babskim Wajdą, co to go wszyscy znają i podziwiają, zrobić film ważny dla świata, dla historii...a książkę to może kiedyś napiszę:) Ale dobrze mi też z taką wizją, że będę tylko na filmy chodzić i je oglądać, a książki czytać bo lubię jak diabli. Mogłabym prowadzić też małą knajpkę w Sopocie, albo na Bali. Robić drinki z parasolką i sprzedawać spodenki plażowe albo deski surfingowe i wszyscy by się mnie pytali czy wybrać taką, czy taką, a ja bym im doradzała. Ale lubię też fakt, że Bali pozostaje w sferze moich wakacji marzeń, surfingu w zasadzie nie lubię, o tych spodenkach-bahamkach nie wspominając. I to też jest fajne.
Albo taką minister edukacji bym była:) To jest strzał, co? I bym te zmiany cofnęła, większą kasę dała nauczycielom i wychowawcom i szacunek bym miała do nich jak nikt. Bo to by byli moi ludzie. Ale zwykłym nauczycielem też jest mi dobrze. Lubię ten światek młodych ludzi. I czy ja mam aspirować do Ministerstwa, skoro tu na dole robotę lubię? Jak się jednego, czy drugiego na właściwe tory ustawi, chleb i buty będzie umiał po angielsku kupić, jak już wyjedzie zarabiać to jest dobrze.
Acha, ratownikiem GOPR'u też bym mogła być. Nosić te czerwone kurtki, nos mieć zmarznięty nieustannie i ostrzegać piękne panie, że w tych butach to w góry nie bardzo...Odważnie ściągać ze szczytów tych zagubionych, albo co pod lawiną zostali i cieszyć się, że życie udało się uratować. Ale kocham też tę myśl, że lawin nie ma za moim oknem, że do pracy nie muszę zakładać raków i nie muszę wiązać się na codzień kilogramami uprzęży, tylko mogę szpilki włożyć i spódniczkę.
Ile to już kawałków?
Czasem sobie myślę, że mogłabym być takim Religą, albo nawet Wisłocką, albo neonatologiem, dzieciaczki maciupkie ratować - zaproponować życiu coś absolutnie nowatorskiego, takie novum, że wszystkim po latach szczęki opadają. Ale lubię fakt, że to ja dzisiaj mogę korzystać z tego, czym się zajmowali, wiedzę mamy dzisiaj dzięki nim większą, serducho zdrowsze, a dzieciaczki urodzone o wielkości pięści mogą normalnie żyć...
Ten tekst mógłby w zasadzie nie mieć końca...tyle mam tych kawałków siebie. Ale kocham to, że jestem tu, taka, z takimi ludźmi, w takim otoczeniu. I choć czasem gdzieś się tak wyrywam do wszystkiego, to wszystkiego robić się przecież nie da. Ja jestem trochę tym Wajdą jak film dziecku na szafie cieniami pokazuję, i jestem lekarzem jak chłopaki niedomagają, to leki podam. Jestem ratownikiem, jak wlezie kot na drzewo i zejść nie umie. Jestem tą panią od knajpki bo jak się zjedzie do nas więcej dzieci to koktajle robię przeróżne. Jestem od edukacji i swoje reformy na lekcjach wprowadzam. Bywa, że jestem tą z granatem w kieszeni i rzucam wtedy jak już mi się cierpliwość kończy i czołg też prowadzę bo całym domem dzień w dzień zawiaduję. Tym taksówkarzem trochę jestem bo po drodze na stopa czasem człowieka zabiorę i pogadam, że emeryturę ma małą i bida może w garnkach. DJ-em jestem jak tańczymy z Piotrkiem i muzyka na cały hajc. Tym poszukującym duchowości też jestem, pytań mam tysiące. Duszę buntownika z Woodstock'u też mam i buty ciężkie sobie znowu kupię, dżinsy poszarpię i agrafkę przypnę. Ot co.
Mam duszę z kawałków. Wszędzie bym chciała być i wszystko robić. A jak się tak człowiek przyjrzy to właśnie każdego dnia jest wszędzie i robi to swoje "wszystko". Wystarczy się przyjrzeć.

Wasza Z.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Co jest między dźwiękami, między słowami i o tym, dlaczego nie pracuję w RADIU...

Jak się gra na gitarze to wiadomo - szarpiesz struny, jest dźwięk. Jak uderzasz w klawisz pianina, jest dźwięk. Ale jak się tak przysłuchać to jak przesuwasz palce na gryfie z jednego ułożenia rąk w drugie...to tam się dopiero dźwiękowo dzieje...jest taki świst, ślizg jakby... Wiecie o czym mówię? Jest taka reklama w TV, ale nie wiem jakiego produktu, bo tam właśnie te palce się tak po gitarze ślizgają, a ja się zachwycam. Lubię brzmienie pojedynczych instrumentów - choć nie wszystkich. Wystarczy dołożyć wokal do pianina (Norah Jones, Birdy) albo do gitary (Turnau) i...jeszcze tylko moje wielkie słuchawki i mamy to. To samo chyba z pianinem, też zawsze coś tam jest pośredniego - tak myślę, bo nie gram. To samo z tekstem, ze słowami - zawsze jest coś, co może sobie czytający dołożyć, zinterpretować, przerobić na swoje, pod siebie. Nie wszystko jest przecież takie wprost. To dobrze i niedobrze.


Ja się zawsze kręciłam gdzieś między słowami. Studia językowe na dodatek wybrałam, bawiło mnie szperanie w słownikach i irytowało jednocześnie, że jedno słowo może mieć tyle znaczeń, że trzeba wybrać to właściwe, żeby oddać komuś to, co się chce akurat przekazać. Że człowiek tak musi lawirować między tymi znaczeniami. A dzisiaj to jakby psinco-warte. Każdy gada co chce i czasem byle jak. A ja nie chcę tak. I przykładam wagę do wyrazu, do przecinka, do zdania, do każdego ę i ą i ś. No zmień pierwszą literkę w wyrazie "zupa", a może okazać się, że na obiad zjadłeś coś zupełnie innego... 


O mocy słowa nauczał mnie kiedyś, między innymi, pewien dziennikarz z łódzkiego radia (nazywał się Warzecha). Taki pomysł mi wpadł do głowy (uwierzcie - jeden z miliona!) na pierwszym roku studiów anglistyki, że może ja się zajmę jeszcze dziennikarstwem. I ruszyłam, o kochani!!!, w cudowny świat prawdziwego warsztatu i odpowiedzialności za słowo w każdej formie - pisanej, mówionej, pokazywanej (TV - tutaj bez zachwytu). Pisałam recenzje wystaw, filmów, spektakli i to był mój żywioł, totalnie mój świat. Redaktor Fiedosiejew - stary wyga w zawodzie udowadniał, jak wielkie znaczenie ma dobór słów i jak bardzo można za ich pomocą wszystko spieprzyć. Uwielbiałam gościa. To on pierwszy napomknął, że tekst mi lekko wychodzi spod ręki. Dlaczego nie poszłam tą drogą? Do cholery, dlaczego? Mam swoje teksty z tamtych lat do dzisiaj, wiecie takie zamknięte w szufladzie, ale cieszą - pierwsze kroki, naprawdę dobre, solidna robota. Ja sobie jednak wtedy ubzdurałam, że może się na radio nastawię. A że zawsze byłam fanką, wiele słuchałam - wiedziałam, wtedy, że to będzie to. I tak się człowiek czasem uprze jak koza w błocie i lezie za innymi, bo swojego zdania na chwile obecną nie ma... I tak mnie sponiewierał ten Warzecha, jak odsłuchał mój pierwszy wywiad, taki ćwiczeniowy - nic wielkiego, ale ja się nagięłam żeby go zrobić...a tu taka dziennikarska klapa. Już go nie mam, na kasecie był - wyrzuciłam w czorta. I brnęłam dalej właśnie w tę specjalizację. Aż do momentu kiedy zorganizowano przesłuchania  - mikrofon, czytasz tekst, odsłuchujesz i...dowiadujesz się, że "nie masz warunków głosowych"!!!!!!!!!!! Bo coś tam syczy (w sensie s, z, c itd), że ogólnie za wysoki ton. Mój obrazek siebie przy mikrofonie w nocnych audycjach u boku np. Piotra Kaczkowskiego runął z niewyobrażalnym hukiem...


Potem były drobne praktyki, też jakoś opornie to szło, wiedziałam, że to już tylko ostatnie podrygi mojego radiowego szlaku. Tak - dzisiaj by mój głos podkręcono, nic by nie syczało, i brzmiałabym jak Czubówna...ale to już dzisiaj jest takie radio, dla którego ja akurat nie chciałabym pracować, a ja już idę inną drogą. I może trzeba było tych zakrętów, żeby jednak zwrócić się ku słowu pisanemu. Tak mnie jakoś naszło, bo ostatnio wyjęłam ten dyplom ukończenia z wypisaną specjalnością radiową. I aż się zaśmiałam w głos, nie bacząc na wysokie jego tony:):):):)
Wciąż pracuję w przeważającej mierze głosem i lubię go. Ale często wracam do słów starego Fiedosiejewa, że to nie można tak klepać byle czego, że słowo ma moc, a między słowami jest może i więcej ukryte, niż tyle, co zdoła się za ich pomocą wyrazić. Jak w tym ślizgu na gitarze kolejny dźwięk, tak między słowami jeszcze jedno słowo.


Pozdrawiam ciepło
Wasza Z.














niedziela, 1 stycznia 2017

Wczorajszy dzień trwa...i że warto czasem SIEDZIEĆ.

Czasem siadam na kanapie i siedzę. I jak by tak ktoś popatrzył, no to siedzi - nic nie robi. A to czasem taka kotłowanina w głowie, że trzeba to jakoś poukładać, coś poplanować albo pozamykać, czasem zapomnieć, bo nie warte rozkminiania. Czasem trzeba się trochę powzburzać, zakląć siarczyście pod nosem, co mi nawet  łatwo dość przychodzi. Albo muszę przemyśleć co do młodych ludzi z gimu powiedzieć w poniedziałek i jak ten angielski zaplanować, albo, że dziecko trzeba zaszczepić i do znajomych zadzwonić, bo dawno babskiego gadania nie było. A ktoś popatrzy - no siedzi. I ja teraz tak siedzę na tej kanapie, w radiowej Trójce (wciąż mam do niej słabość) Top Wszechczasów, a dźwięki szarpią moje najczulsze struny...Siedzi.


Taki czas podsumowań, wszyscy to teraz robią, facebook podsumuje w kilku zdjęciach, ktoś zaś w punktach, ktoś listę zadań wykonanych lub nie wrzuci, a to coś-tam-jeszcze.  Miałam tego nie robić, ale fajne rzeczy jakoś są ostatnio jakby bliżej mnie. Więc siedzę a podsumowania same się nasuwają. I ta cisza, oprócz tego radia. Wczorajszy dzień jakby się nie skończył. Trwa, z małą przerwą o 4.30 na krótki sen, a spotkania pokończone o 15tej. Ile tu się wczoraj przewinęło słów...uwielbiam. Myślę, jak to dobrze, że są ludzie którzy siadają z nami do stołu w taki dzień jak wczoraj. Że to właśnie wczoraj poznaliśmy naszego małego sąsiada, bo się już zbieraliśmy od października, a przecież ciągle coś. Że wystarczy pomysł, hasło, telefon do znajomych, a oni chcą taki wieczór spędzić z nami, a potem jeszcze siedzą i śniadanie jest wspólne i kawa...i tak do popołudnia, bo nikt się nie spieszy. I że poważniejszy funkcją człowiek zajrzy, pogada i normalny jest i że wszystko się zaczyna składać. I że jak mam rzucić już w cholerę ten blog, to nagle mówię, że jednak nie, a jeszcze innych zachęcam. Albo, że ciasto miałam zagnieść na tartę ze szpinakiem, bo goście za progiem, a jeszcze jedziemy do kościoła, a nigdy kościółkowi nie byliśmy. Albo, że słyszę tam nagle tekst piosenki, którą znam przecież od 20tu lat, śpiewałam ją wielokrotnie, a słyszę jakby pierwszy raz i ciary mam na plecach. Miażdżące - myślałam, że wyjdę, bo serducho się trzepocze, tak na raz trudno dźwignąć fakt, że to się wszystko może tak cholernie składać, że przypadków nie ma... Siedzę.


I ten dzień wczorajszy jakby płynie dalej, z wieczornymi śmiechami, rozmowami, dobrym jedzeniem, a przecież każdy już do swojego domu dawno wrócił. Zabawki poukładane, naczynia dawno suche. A mnie to wszystko cieszy na maks. Samochód nam się popsuł, będzie lipa z dojeżdżaniem i nagle się okazuje, że mam ludzi obok, do których mogę wykonać jeden telefon, a oni mnie po prostu podrzucą tu czy tam. Bez pieprzenia, że nie ma czasu, albo inne takie. Może to wszystko nie jest jeszcze takie do końca nieludzkie, w tych "naszych" czasach? Może nie wszyscy siedzą w ramkach swoich zawodów, funkcji, wyborów? Może w zasadzie wszystko dzieje się gdzieś poza nami, ale dla nas? Muszę od tego odsapnąć. I siedzę.


Czasem po prostu siedzę na kanapie. A to takie dzisiaj popularne, że mówią, że to się właśnie trzeba z niej ruszyć, że życie przeleci, że przez palce się przelewa, że lenistwo... Racja - lenie niech się ruszą. Ale wierzę, że trzeba czasem tak siadać, całym swoim ciężarem ciała i ducha opaść na kanapę, nawet z hukiem (byle nie zarwać:) i...zebrać myśli, może spisać, dzień ogarnąć. I ja tak siadam, a ktoś powie - nic nie robi...


Niech w tym kolejnym roku zawsze świeci słońce. Miejcie oko, bo to, co fajne czasem się jednak dzieje. Ahoj, kochani:)
Wasza Zylwijka