niedziela, 7 maja 2017

No jak czasem coś przeczytam to koniec...

Ja się czasem natknę na jakiś tekst, albo zdania tylko dwa, czy słowa może tylko pojedyncze, że to się tak potem kołacze miesiącami. Tak, jak się rano radio na przykład włączy i potem cały dzień nuci te dźwięki...a one czasem są takie beznadziejne. Mam tak czasem ze słowem. To tak jak się pamięta szorstkie rozmowy albo kłótnie...i jak ktoś tak podjedzie słowem jakby pod paznokieć. Pamięta się.



W zeszłym roku pojechaliśmy do Sztutowa nad morze. Wyszłam wieczorem na taras bo nie dało się wysiedzieć w domku, na dworze zaś chłód jak cholera. I ta opadająca na włosy słona wilgoć. Przejrzałam wtedy sieć, zajrzałam na ulubione blogi i trafiłam na nowy wpis. Czasem ktoś ujmie moje myśli w słowa lepiej niż sama bym to zrobiła. Miażdżąco lepiej. A może po prostu autorka jest bardziej odważna, a ja tylko po kątach myśli takie odganiam. Przy całym moim uwielbieniu do pisania, kombinowania z tekstem, słowem, jego pięknem i przebiegliwością, przezornością - lepiej bym swoich myśli nie ujęła...Tekst pochodzi z bloga www.juliarozumek.pl.  TuTaj drzwi do jej bloga
Zostawiam Was z tym.

Czy on czy Ja


  • odmierzałam długość tych sznureczków i ucinałam. potem
    zawijałam do tych zakładek
    książkowych.

    była 23-cia. Leciał na Kulturze fajny film. Czasami na niego
    zerkałam.

    Za stołem przy komputerze siedział On. Jak zwykle obok ta
    łapka na muchy, bo On na te
    muchy poluje
    nieustannie..

    i naraz mówię do Niego..
    – popatrz, czas tak szybko płynie. za chwilę Ktoś z nas
    zostanie sam. 

    – taka kolej rzeczy Puszku, to będzie straszne..
    potem cisza..
    a ja już w tych myślach zostałam..
    bo choć człowiek na starość się zrzędliwy robi, wady tak
    mocno się potęgują i te pary już
    wiekowe co rusz w  
    sprzeczki wchodzą.. to przecież człowiek się od siebie
    uzależnia. i choć złości go u
    drugiego, że butów do
    szafki nie schował, że cukierniczki nie zamknął i ciasta nie
    przykrył, to żyć samemu już się
    nie będzie dało.
    nie będzie się chciało.

    przecież przeżyć z kimś całe życie. słyszeć jak do domu
    wchodzi, sandały ściąga, ręce
    myje, kawę robi,
    szlauch po podwórku ciągnie..

    i przecież jak to wtedy.. 
    gdy już wiekowa tu wejdę i Jego nie będzie. jak ja piec
    włączę i czy zapamiętam ten dzień
    w którym śmieci
    wywożą..

    usiądę nadal na swoim krzesełku, by ten z widokiem na
    okno zostawić Jemu. choć Jego
    tam nie będzie.

    będę łyżką przekładać twaróg z rzodkiewką na swój talerzyk
    i nie będę miała już Komu
    powiedzieć – nie jedz
    ze wspólnej miski, przełóż sobie. 

    nigdy tych drzwi nie otworzy. ani w nocy, ani po weekendzie.
    pogaszę wszystkie światła wieczorem. po schodach na górę
    wolno wejdę. położę w łóżku.
    a obok już nikogo
     nie będzie. i czy wtedy zasnę.. nie wiem. kręcić się będę
    albo płakać w głos… a może
    cicho, bo starość nas
    na to przygotuje. na taki dzień.. gdy z pogrzebu człowiek
    wróci. sam. do tego domu wróci
    sam. drzwi zamknie
    a tych drzwi On już nie otworzy.. ani chwilę po Tobie ani
    później, w wieczornej porze..

    i tak naprawdę nic się już nie będzie chciało i nic sensu nie
    będzie miało. w tym domu
    pełnym pustki i ciszy.
    bez Niego, co już wtedy będzie o lasce chodził po tych
    wszystkich upadkach crossowych.

    tylko ta laska zostanie gdzieś w kącie. może tam, przy
    drzwiach, koło tej szafki na buty.
    tak oparta jakby
    zaraz miał po nią wrócić..

    a On już po nią nigdy nie wróci…
    a może to będzie tak, że ja po sobie tę laskę w kącie
    zostawię.

    może On z tego pogrzebu wróci. usiądzie na tym krześle
    naprzeciwko okna i z miski na
    talerzyk sobie twaróg
    przełoży.. tak jakbym tam nadal siedziała i o to marudziła.

    zaśnie na pewno na fotelu przed telewizorem i nie będzie
    czuł potrzeby by do sypialni iść.

    samemu na tę pustą górę.
    i czy dzieci przyjadą Mu coś pomóc.. Czy Tosia pranie Mu
    posegreguje, czy fasolkę jego
    ulubioną zrobi i w
    słoikach zagotuje. Muszę Ją tej fasolki nauczyć gdy dorośnie.

    nie będzie się już złościł, że światło zostawiam zapalone, że
    te wszystkie ważne papiery i
    rachunki Mu co
    rusz sprzątam i nie może przeze mnie znaleźć..

    a może wtedy właśnie będzie zostawiał to światło zapalone,
    tak jakbym nadal była..

    czy w tym domu pustym się nauczy żyć..
    i jak po stypie opowie mi jak było?

    pewnie jak wróci to będzie chciał mi opowiedzieć, bo
    zapomni, że mnie już nie ma.

    a czy te kwiatki będzie pamiętał podlać, czy uschną całkiem..
    czy będziemy do siebie mówić w głos gdy już Któregoś z
    nas nie będzie..

    w ten pusty dom.. opowiadać sobie dzień, albo co u dzieci..
    te drewniane ściany będą wszystkie słowa spijać..
    dziecięcy gwar, młodzież, spokój, poważne rozmowy…
    pod koniec jedną samotną duszę, która spać do pustego
    łóżka pójdzie..
    wyłączyłam telewizor, postawiłam koszyczek z zakładkami
    na stół i zza monitora pokazałam mu ułożone z
    dłoni serce..
    dziś nasze drzwi otwierane i zamykane są milion razy. dzieci
    trzaskają, nie mogą domknąć
    tymi małymi
    łapkami, zostawiają na oścież otwarte i te muchy lecą.. No
    różnie.
    a wieczorem te drzwi otworzy On. ja tu będę. i położymy się
    razem spać.

1 komentarz:

  1. No CZAD....!!!! I czuję dokładnie tak, jak autorka. Więc jeszcze mocniej się przytulam, żeby wszystko zapamiętać. Ten dzień kiedyś nastąpi, tylko nie wiemy kiedy i kto pierwszy...

    OdpowiedzUsuń