niedziela, 11 marca 2018

Jeśli by była...

Dokładnie dzisiaj moja mama skończyłaby 70 lat. Jeśli by była. Ja bym jej wtedy tort upiekła, jakiego świat nie widział i byłby fajer na sto-dwa!!! I goście i kwiaty i życzenia ze stron wielu. Pewnie by był w domu gwar i ktoś by wychodził na papierosa, potem by wracał, a inni znowu by wychodzili i tak te drzwi w te i wewte by się otwierały i zamykały. I te talerze z plackami i zakąskami bym przestawiała, bo to raz coś na ciepło, raz na zimno bym serwowała. Może nawet tańce by ruszyły. O jakie to by mogły być walce i tanga, wszyscy by pewnie ze śmiechu się kładli. Potem by była chwila na szampana, korki w suficie, plamy na dywanie i taki toast, że sama bym się wzruszyła. Telefon od rana by dzwonił, ja bym latała z nim, ona by za życzenia dziękowała. Kot by się do niej łasił jakoś tak ckliwiej. Jeśli by była...
Prezenty przeróżne by były. Ciepłe kapcie może by się trafiły, coś z pięknej biżuterii z kamieniem, albo bilet do koncert. Może ktoś by album zdjęć zrobił - taki przekrój tych siedemdziesięciu lat. I byśmy to oglądali z rzutnika i każdy by się na jakimś zdjęciu odnalazł bo to kawał czasu. I ja mała i brat trochę starszy. Dom rodzinny, a potem kolejne. I coś tam z pracy, to zaś z wakacji w Wysocku pod Ostrowem, wyjazd do Paryża z bratem i ten ze mną do Rzymu, Wenecji, Pragi. Ja bym pewnie płakała strasznie, że to wszystko już minęło, ale potem zaś człowiek by się uśmiał, że na zdjęciach taki szczupły i fryzura dziwna. A ona by mówiła, że to wszystko jakby wczoraj. Może by się jej oko zaszkliło. Jeśli  by była...
Ja bym jej w te urodziny powiedziała tyle ciepłych słów, że tak dała radę ze wszystkim, chociaż w sumie życie nie rozpieszczało. Że musiała być dla nas mamą i tatą, że na ludzi wyszliśmy. Piotrek by się jej na kolano wcisł, bajkę przyniósł, wtulił się w ciepłe ramiona. Potem byśmy wspominali minione dzieje. Jak dom na wsi pomagała ojcu stawiać, jak pracę zaczęła, a potem za pierwsza pensję kupiła rower, żeby nim do tej pracy gnać dzień w dzień. Potem jak kawalerkę w miasteczku wydębiła, a potem służbowe dostała i w tym mieszkaniu leciał nam piękny czas. Jak miał być napad na pocztę (serio! tylko ci poczto-terroryści cieńcy byli i wszystko się wydało), jak pokończyliśmy szkoły, studia. Jak wyjeżdżaliśmy i wracaliśmy - ja i brat. A ona zawsze czekała. Takie okienko było na klatce schodowej i ona w tym okienku widziała, że z pociągu wracam. Nim doszłam do mieszkania już obiad był ciepły. Że w sumie to też na miejscu nie wysiedziała, zawsze coś już planowała, że w sumie ten dom, gdzie teraz jesteśmy to też część jej drogi. Może te wszystkie wspominki by trzeba było głośniej opowiadać bo słuch już by był nie taki. Okulary bym jej podała, żeby te zdjęcia dokładnie widziała. Jeśli by była...
Gdyby była mogłabym zapytać, czy do kopytek to pszenną czy ziemniaczaną dodać, bo nigdy nie wiem i dlaczego moje leniwe wychodzą zawsze takie, że można nimi tynki zbijać. Z Piotrkiem by zawsze chętnie została, on by jej śpiewał o opowiadał i Gwiezdnych Wojnach albo o mistrzach Spinjitzu, a ona by ze spokojem słuchała. Jakby trzeba było to by jej kocem nogi okrył, albo herbatę podał. Może byśmy się czasem pospierały jaki kolor tym razem na ściany, a potem i tak by wyszło na jej. Ona by mnie bardziej ciągła na pchli targ, ja ją zaś do Ikei i każda by była zadowolona. I ogród - ogród by planowała, dopieściła, a tak to trochę czasem na odczepne to moje plewienie. Ona by się wściekała, że paprok jestem, że niedokładnie. Jeśli by była.
A może już by wymagała mocno naszej opieki, pomocy we wszystkim i by się złościła, że mamy z nią dodatkowe obowiązki. Mogło by przecież być i tak, życie jest różne. Ale ja bym jej z tych siwych włosów układała fryzurę, smarowała pachnącymi kremami Vichy - ulubione. Do biblioteki też bym musiała może za nią pójść, bo siły nie te - ale ja bym chętnie szła. Jakby trzeba było to bym ją pod pachę prowadziła po ogrodzie, czy na wózku nawet, a ona by mi znów tę niedokładność zarzuciła:) Ale ja bym to przyjęła z uśmiechem. Potem kawę bym zrobiła i tak byśmy patrzyły w ten ogród, jak kiedyś siadałyśmy na schodkach przed domem. Trochę bym jej w uchu podkręciła aparat, żeby śpiew ptaków bardziej słyszała. Jeśli by była.
Ale nie ma jej już z nami. I nie ma nic z tych urodzin opisanych powyżej. Jest cisza, ja nie biegam z tym telefonem od rana, tych tańców, tortów nie ma. Jak umiera mama to jakaś część serca się w człowieku zamyka na stałe. Ale w tym zamknięciu ta mama ciągle jest...i podpowiada czy to pszenną czy ziemniaczaną do kopytek dodać. Dzięki mamo.

Sylwia













poniedziałek, 26 lutego 2018

Bez Facebooka - dziennik pokładowy. Zapisków część pierwsza.

Jak się tak rozejrzałam po ludziach, po blogach, rozmów posłuchałam to...jest nas więcej. Tych chwilowo odciętych. Wylogowanych. Poza Facebookiem. I jest ich dużo. Ale od początku...
Najpierw, na serio miałam jakieś podenerwowanie. Zwłaszcza, że messanger też poszedł na trochę w odstawkę. Normalnie, taki niepokój, że może ktoś coś będzie chciał, albo zawodowo coś ważnego mnie ominie i co to wtedy będzie. Albo, że wiadomość może jakaś zza granicy pozostanie bez echa z mojej strony i też jakoś lipa będzie. No różne się człowiekowi myśli plączą. Z drugiej strony nie jestem Urubko, że poszłam w górską otchłań bez telefonu i nie ma się jak skontaktować - na chwilę nie ma mnie po prostu pod ręką. I jak jest?



Myśli łatwiej zebrać, skupić się na czymś...na jednym. Planować. Nie mam wiadomości o tych wszystkich małych i dużych sprawach polityki krajowej i tej małej tutaj. Nie wlokę wzrokiem po tych wszystkich komentarzach, zupełnie niepotrzebnie przecież...Głowa mi się jakby wietrzy:) Nie irytują mnie łańcuszki o treściach wszelakich i złote myśli o miłości z kwiatkiem w tle. Naprawdę jest czad. I nawet nie ciągnie żeby tam zajrzeć, czyli wystarczy lekko tydzień z hakiem i ból uwiązania mija. Ulubione przeze mnie treści wyszukuję po prostu wyszukiwarką, znajduję na YouTubie, na blogach i nic mi nie przeszkadza w czerpaniu z tego. Nie pstykam ciągle na fb żeby zaktualizować swoją wiedzę, co tam akurat u kogoś.
Spotkałam ostatnio znajomą i ona też już jest z tych "poza" i sobie chwali:) Było może lekkie zdziwienie, że jak to tak nie lajkować, nie skomentować, nie wrzucić obrazka z dobrej lekcji...No da się. A i może te lekcje nawet lepsze są, przemyślane bardziej...taka mi się teraz myśl wkradła...Blogi ulubione dzisiaj przejrzałam, a tam też kto szuka bogatszych treści to uciekł na trochę z mediów społecznościowych, albo całkiem się odciął. Można przecież tak żyć - taka decyzja. I może to nawet na zdrowie wyjdzie, dzieci dopilnowane i w grę można z nimi zagrać, bo jakby czasu więcej. Nie ma presji chudnięcia z Chodakowską, tylko jest radość, że się dla rodziny syte ciacho upiecze. Tego ciśnienia nie ma. Że wszystko trzeba wiedzieć, zdjęcie wrzucić, bo remont zrobiony albo auto nowe, a to przecież świat musi widzieć... I choć to może przecież nic złego, no niech sobie wrzucą, skomentują, jak chcą, ja sobie chwilowo zafundowałam od tego wolność:)

Na tym zapiski pokładowe zakończono.
Sylwia

Ps. Dodałam zdjęcia - kilka dni temu, w mroźne popołudnie takie niebo zastałam za ogrodem...


wtorek, 13 lutego 2018

O książkach i o fejso-poście:)

Czytam falami. Czasem takie tsunami książkowe mnie dopada, że nie idzie się oderwać - jedna za drugą. I to nie jest tak, że idzie jesień czy zima to się szykuję i robię niedźwiedzie zapasy książkowe. Ja to mam cały czas. Dzięki książce człowiek nigdy nie ma jednego życia... Bywa też czasem tak, że mam dość słów, zdań, stronic. Nie i koniec. Moja praca w dużej mierze składa się jednak z czytania, myślenia nad tym, co ktoś napisał i czasem czuję, że jeszcze książka to już za dużo. Taki przesyt. Mija to jednak i zaczyna się od nowa. Nie wiem jak jest u Was, ale ja w dużej mierze polegam na czymś, co ktoś poleci, mam takie przeczucia, czy coś mi się może spodobać czy to raczej literatura nie dla mnie. Mam problem z wyborem, gdy sama coś chcę sobie sprezentować. Wchodzę do księgarni i koniec - wybór jest prze-o-gro-mny, za duży jak dla mnie. Czytam, owszem, te podsumowania na okładkach, taki jakby klimat chcę złapać, ale nic to. Zwykle wychodzę z niczym. I smutna. Nie tykam science-fiction, kryminałów i fantastyki. Nie mylić z fantasy. Lubię biografie i autobiografie, pamiętniki i dzienniki, dzieje osadzone w realiach wojennych, lubię książki dokumentalne, czasy starej Anglii, trudne miłości i relacje, dwudziestolecie międzywojenne i klimaty dawnych wsi. Lubię, jak tam się gdzieś mieszają arystokrackie wątki...W szkole średniej (wbrew ogólnej niechęci) kochałam Lalkę, Noce i Dnie i Nad Niemnem, potem Wichrowe Wzgórza i Portret Doriana Grey'a... Tak było. Wciąż pochłaniam też spore ilości prasy, czasem w wersjach papierowych (cyk! do torebki), czasem w wersji elektronicznej (ale jakby wrażenia słabsze)...


Kiedyś przeczytałam taką wypowiedź na jednym z blogów, akurat był wpis o czytaniu: Jeśli nie czytam to czuję, że nie mam nic do powiedzenia, powtarzam się. Właśnie. Czytanie te nasze głowy nam otwiera, zabiera gdzieś daleko, wywozi na chwilę z naszego życia. I jak już człowiek z tej podróży wróci to tyle by można opowiedzieć, pospierać się, jeśli ktoś tę podróż inaczej przeżył, wyobraził sobie. Można noce przedyskutować, nabrać innej perspektywy, a czasem się zwyczajnie tęskni, że to już koniec, że tę ostatnią stronę się już przewróciło... 


Zatem - lubię jak ktoś coś poleci. Mam nawet taki notatnik i w nim zapisuję, jak coś mi wyda się godne uwagi. Ma porządną, skórzaną okładkę i nazywa się Czytajnik. Mógłby się jeszcze nazywać Oglądajnik bo tytuły filmów też tam czasem zapisuję, na zasadach jak powyżej:) Potem czytam opinie o nich, kilka słów o bohaterach i zamawiam. Jutro dotrze do mnie taka książko-przesyłka. Długo się kręciłam wokół tematu i zamówiłam Stulecie Winnych (saga - trzy tomy) i Jeździec Miedziany. Już zacieram łapki. Cieszę się tym bardziej, że na nadchodzący od jutra post zdecydowałam o chwilowej (6 tygodniowej) rezygnacji z usług facebook'a. I messanger'a też. To dobry czas żeby się wylogować i oderwać od wszelakich złotych myśli, łańcuszków i wyścigów na ilość polubień dla Jana Pawła II-go. Nie chcę oglądać politycznych memów, mielić polityki i czytać kąsających komentarzy o tym, czy dobrze, że Tomek Mackiewicz wybrał się na Nanga Parbat. Chcę odsapnąć od reklam płatków Nestle, sugerowania mi, jaką sukienkę mam kupić i nie chcę, żeby facebook życzył mi miłego popołudnia. Nie chcę przez chwilę niczego lajkować, ani za bardzo wiedzieć, czy ktoś jest akurat na Malediwach na wczasach, ani nie chcę żeby facebook informował mnie o tym, czy przyleciały bociany. Może dzięki temu sama to zauważę. Taki post sobie zaplanowałam. Będzie ciągnęło - ja wiem, ale niech to będzie próba charakteru. Jak z czekoladą. Jest oczywiście taka grupa profili, która zawsze wnosi coś wartościowego - bez problemu znajdę ich świetne treści na stronach w sieci. Nawet cieszy mnie fakt, że jak ktoś będzie chciał się ze mną skontaktować to wyśle do mnie ten stary wynalazek, jakim jest sms. Albo zadzwoni - co cieszy jeszcze bardziej. Będę natomiast na instagramie (no lubię go jakoś) i na blogu chcę częściej pisać...Tylko, że te książki przyjdą to mogę przepaść:):):):):):)

Tymczasem zachęcam Was bardzo do sięgania po książki, bardzo Was namawiam. Wybór jest tak szeroki, że każdy znajdzie dla siebie jakąś podróż. 

Pozdrawiam Was ciepło. Odezwę się, jak mi idzie fejso-post:)
Wasza Zylwijka

















piątek, 19 stycznia 2018

Wczoraj.

Bywa czasem tak, że woda na kawę jakby dłużej się gotuje, w kominku, ni czort, nie chce się rozpalić, a dobra książka kończy się zbyt szybko i człowiek tęskni. No taki akurat dzień. Bywa, że myśli pobiegły o jedną za daleko, znowu nie zabrałam wielorazowej torby na zakupy, nie ma z kim pójść na podwójną porcję lodów. Bywa, że w radiu mądrzą się od rana, że miliona pytań syna nie ogarniam, a dżinsy okazały się za ciasne...Bywa czasem właśnie tak.
Bywa, że człowiek mnie jakiś zainspiruje, a inny rozczaruje. Że złoszczę się, jak się tak wszyscy na wszystkim znają i każdy mądry, a jak o radę poprosisz to ręce rozkładają i nie ma komu rur poskręcać, ogrzewania naprawić, buta zszyć. Bywa czasem, że tyle ma się energii i pomysłów, i wszystko by się chciało, ale potem znów każdy z tych pomysłów głupim się wydaje. Bywa, że pewne rozmowy zostają niedokończone, a jeszcze by się chciało. Bywa czasem, że jest jednostajnie, a potem znów wszystko przyspiesza i co ważne umyka... Bywa czasem właśnie tak.
Bywa, że wyczekane listy już nie przychodzą, a te co doszły ranią do krwi. Albo, że człowiek tak bardzo czeka...na coś. Bywa, że jest radości pod sufit, pieniędzy na szałową sukienkę albo podróż do Niewiadomodokąd, zapału do ogromnych przedsięwzięć, ale bywa też tak, że wszystkiego z powyższych brakuje. Bywa czasem tak, że właściwego słowa znaleźć nie umiem, a tu tłumaczenie akurat robię i ten świat słów mi się wali, że pytań czasem mam więcej niż chętnych do odpowiadania na nie, że chałka drożdżowa nie wyjdzie. Bywa tak czasem.


Ale to wszystko było już... Wczoraj.



Wasza Z.









środa, 3 stycznia 2018

Kto ma bałagan na biurku...

No głowa pęka od tych wszystkich postanowień w związku z nadchodzącym rokiem. Ta będzie chudła, ta zaczyna fitness jakiś tam wodny, ktoś naukę języka, spacery z kijkami, podróże małe i duże...Ech. Ja Wam powiem, że u mnie to cieńko z tymi postanowieniami w tym roku. Jak kiedyś zrobiłam to może do marca jakoś szło. Te kilogramy jednak nie spadały, starych znajomości nie odnowiłam, książek nie udało się przeczytać w założonej ilości, cukru nie udało się zastąpić ksylitolem, a utrzymanie siebie w nieustającej ekstazie pozytywnego myślenia jako się ulotniło. No klapło to wszystko samo. Za to ten rok rozpoczęłam stanowczym działaniem i ... posprzątałam w torebce!!! No Boziu, jakiego ona dostała życia!!!!!!!!! Mówię Wam, że te wszystkie postanowienia (w teorii) są nicestwem w porównaniu do radości, jaką niesie wnętrze torebki - przejrzyste, poukładane, bez zbędnych rzeczy, od przedawnionych tzw. pasków z pensją (no nie chcielibyście ich widzieć) zaczynając, a na rozgniecionym czekoladowym batoniku kończąc. No nic nie poradzę - tak wygląda prawda, poznajcie mnie i z tej torebkowej strony:)


To nie jest zdjęcie z mojej ręki i to nie jest też moja torebka. Ale jest w moim stylu, taka by wiele o mnie mogła powiedzieć. Ściorana taka, pachnąca prawdziwą skórą, z plamą od atramentu wewnątrz. Bo to w torebce to życie się przecież nosi, swój taki kawałek świata. Ja mam akurat tendencję do powiększania zawartości tego świata o różniste pierdoły i noszę to później:) No taki temperament. Ale dzisiaj w torebce czegoś szukałam i pyk - znalazłam, wszystko jak pod linijkę. Może do marca, co? To samo mam z biurkiem. Od zawsze. To może osobom niewtajemniczonym wyglądać na bałagan, ale ja wiem, gdzie co mam. Uwielbiam wręcz otaczać się papierami, lubię jak książka leży krzywo, ulotka z dobrą pizzą obok. Płyty zwykle jakieś też są, podręczniki, słownik, jakieś prace do sprawdzenia lub polisa ubezpieczeniowa. Nie wiem jak można mieć zawsze tak idealnie wysprzątane biurko, no nie poczyniam nawet wysiłku, żeby takie zapędy zrozumieć. Ja się nawet chyba boję takich ludzi z nieustającym, idealnym porządkiem: biurko, szafa, terminarz badań okresowych, kosz z prasowaniem, półka pod lustrem w łazience i w tychże miejscach wszystko pod linijeczkę - Jezu... Mi się wydaje, że jak jest taki bałagan twórczy to człowiek jakoś żyje jakby z większym rozmachem, z takim może polotem trochę. Nie ogranicza go to uporządkowanie. Mnie bynajmniej nie. Chociaż powiem Wam, że mówią też, że jak w torebce i na biurku tak w głowie i w sercu może nawet - że chaos czy coś. No trudno mi się do tego odnieść, może cosik tam w tym jest. Ale od czasu do czasu człowiek poukłada, ogarnie, selekcję zrobi to znowu na jakiś czas żyje w pewnym uporządkowaniu. Wszystko jest wtedy w torebce i w życiu przejrzyste, takie wyniuniane, no mucha nie siada. Do marca.

Z pozdrowianiami
Zylwijka:) i jej torebka.



















niedziela, 24 grudnia 2017

Żeby...

Czasem wsiadam do samochodu i odpalam muzykę na cały hajc. Na cały. Zależy co tam jest w odtwarzaczu, ale daję sobie wtedy tak dźwiękowo popalić, że nie słyszę silnika. Wydaje się, że to auto od tej muzyki jedzie. Bywa, że mam takie natężenie wszystkiego, spraw wielu - lżejszych-cięższych, myśli, rozważań, pytań, że to zagłuszenie na te 10-15 minut wydaje się być jedynym rozsądnym ratunkiem. Jedynym. Inaczej bym chyba eksplodowała. A tak to chociaż przez chwilę dźwięki dają odpocząć całej reszcie. Teraz za to jest taka cisza, że własne myśli dopiero zdają się dochodzić do głosu. Mały P śpi spokojnie, a duży P pojechał na pasterkę. Myślałam, że usiądę i spiszę tylko, tymczasem ten tekst idzie ciężko... Właśnie głównie o te pytania mi jakoś chodzi - odpowiedzi znaleźć nie mogę. I pytam przecież to tu, to tam, radzę się, ale prostych dróg nie ma. Nie ma. Ten rok należy raczej do trudniejszych. Ale dzisiaj, może wraz z narodzeniem tego Świętego Dziecka przyjdzie jakieś nowe...coś. Coś może drgnie, przyniesie spokój. Wierzcie, że kto wrażliwszy to się tak czasem umęczy, udręczy sam ze sobą... Pytań ma za dużo, a odpowiedzi jak na lekarstwo, albo wcale nawet. Czasem lepiej być prostym człowiekiem.


W nadchodzącym nowym czasie chciałabym, żeby mi się zawsze chciało...żeby tak nie sparcieć jako człowiek, żebym zawsze chciała biec dalej. I szukać. Żeby tak nie spłycieć w tym wszystkim, i żeby zawsze wzruszała mnie krzywda innych, i żeby mnie niesprawiedliwość mierziła, a lenistwo swoje i innych wkurwiało, bo lepszego słowa nie znajdę...Żeby żyć pełną gębą, dostrzegać, że jestem w dobrym miejscu i z właściwymi ludźmi. I żebym tych mądrych spotykała, bo głupców to nie brakuje. Żeby moje serce zawsze waliło z odpowiednio brzmiącym tąpnieciem, żeby nie dać się, ale iść swoją ścieżką. Żeby się nie bać - inspirować i dać się zainspirować. Żeby tak prowadzić swoje dziecko, żeby był pracowity i pewny siebie, ale nie cwany. Żeby dostrzegać rozmaite zbiegi okoliczności, dobrze je rozszyfrowywać, i żeby mieć wokół siebie szczerych ludzi, nawet jeśli czasem starcie z nimi grozi solidną awanturą. I żeby mi się zawsze chciało drążyć sprawy do końca, żeby nie odpuszczać...Żeby dać się czasem poprowadzić.


Kolejna uroczysta kolacja wigilijna za nami. To naprawdę wielkie szczęście spędzać święta w domu, nakryć się swoją kołdrą, we własnym łóżku, z herbatą w ulubionym kubku. Ja zawsze w święta gdzieś upuszczę łezkę. Zawsze. Myślę o dzieciach w szpitalach i ich rodzicach, o tym jak szurają kapciami po korytarzach niepewni wyników badań, myślę o bliskich, którzy są daleko, a mimo to życzenia od nich w tym roku nie dotarły. Myślę o samotnych, chorych, opuszczonych, myślę o dzieciach w domach dziecka, myślę o duchownych, którzy dźwigają może jeszcze ciężary niełatwych spowiedzi, myślę o ludziach, którzy swoją postawą, pracowitością, sumiennością i oddaniem mnie zawstydzają. I myślę o tych, którym można już tylko zapalić świeczkę, ogarnąć ciepłym wspomnieniem. I cieszę się niezmiernie ze wspólnego czasu z moimi chłopakami - dwie niewyobrażalne miłości mojego życia. Jakie to szczęście móc kogoś tak kochać...

W ten cichy, magiczny wieczór przesyłam Wam wszystkim ciepłe pozdrowienia. Życzę zdrowia i miłości.
Wasza Sylwia.










sobota, 16 grudnia 2017

To nie jest PSTRYK.

To nie jest tak, że pstryk i siada się do takiego bloga, że słowa się napiszą za nas, że te myśli damy radę ot tak przelać. To nie jest też tak, że się siada i czyta te czyjeś napisane słowa. Bo to przecież za tymi słowami stoi czyjeś życie, czyjś akurat dzień, może taki, w którym wszystko spieprzyło się od rana. Może jakiś akurat szczęśliwy, albo taki, po którym człowiek jest umordowany niemiłosiernie, sponiewierany. Albo wycieczkę rodzinną ktoś opisuje, mniej lub bardziej udaną, rozmowy z przyjaciółmi podsumuje, przepisem będzie chciał się podzielić. Albo swój stan ducha ktoś wspomni, że lepszy, czy gorszy, albo, że akurat szuka jeszcze tej swojej drogi. Albo, że znalazł. O tym wszystkim czytający też musi wiedzieć, pamiętać. I wtedy taki wpis brzmi jakoś inaczej, pełniej, może ktoś dłużej pomyśli, swoją refleksję napisze, albo i może przeleci to tylko, jak za przesunięciem palca po ekranie. Tego nie wiem.


Mi ostatnio jakby ciężej myśli zebrać. No taki akurat mam trudniejszy czas. A przecież często, wydaje się, mam gotowy, ułożony w głowie tekst. Gdzieś to później mi uleci, wiatr to wszystko mi rozwieje i koniec. Po ptokach. Ale wiedzcie, że ja tu myślę o Was, czy kto tu zajrzy czasem, pomyśli, że coś wpisów dawno nie ma. Albo ucieszy się, że coś się ukazało. Nieraz sobie myślę jakby to było tak pisać naprawdę, umieć absolutnie całe swoje ja utkać w tekst. Nie, że tam zaraz pisarka wielka czy coś, ale tak siedzieć w pisaniu naprawdę, solidnie ważyć słowa, i pisać tak, żeby serca poruszać.
Kiedyś powiedziałam znajomemu, że czasem to bym to wszystko rzuciła w cholerę i pojechała w Bieszczady. Książkę bym wtedy pisała. Codziennie. I chociaż nie wiem jak ja bym tam w tych górach żyła bo to zaś śniegu by tam napadało po pachy, do maja by leżał, a ja przecież odśnieżarki nie umiem obsłużyć. Jak ja bym tam gdzieś w głębokiej głuszy po chleb maszerowała do wsi, a coś by jeść trzeba było. No jak by to było? Może by sąsiad czasem jakiś zajrzał, ale to znowu by mnie wkurzył, że mi pisanie przerwał i zaś nerwy bo tu ten sąsiad, tu ten cholerny śnieg...


Śledzę taki program w TV, gdzie pokazują ludzi, którzy wyjechali z miast i siedzą teraz na wsi. Niektórzy to wszystko tak na serio - kury, jajka, koń. Inni znowu bawią się w wieś, ale jednak trochę po miastowemu - domek, ogród, eko-herbatki od babki-zielarki z sąsiedztwa. Też fajnie. Ale zawsze, absolutnie zawsze zazdroszczę tym ludziom odwagi, że taki krok podjęli, że tak rach-ciach i życie zmienione o wiadomo ile stopni. Te posady dyrektorskie zostawiają, korporacje, pieniądze. Zawsze mówię do mojego ukochanego: patrz, jacy ludzie, jacy oni są wolni...Chcą to kury nakarmią o piątej rano, albo o ósmej i kto im co zrobi...Albo psa wezmą na spacer, a jak nie to puszczą i poleci sam. Chcą więcej popracować to zakasują rękawy, a jak mniej to mogą kawy wypić trzy i dopiero się zebrać. Wolni. A my ciągle pędzimy. Ja i mój P. Bez ustanku. Ostatnio jakby jeszcze bardziej, szybciej. A przecież ani ja, ani P. tego nie wybraliśmy z własnej woli, to życie nas tak goni...Ja gdzieś te trybiki przykręcam, zwalniam koło napędowe, ale nic to.

Został tydzień do Świąt. Uwierzcie, że otworzyłam komputer i towarzyszyło mi to samo uczucie, kiedy robiłam wpis przed świętami zeszłego roku. Ze-szłe-go! Jakby wczoraj. I jestem przerażona, bo może jak ja się już tak zmarszczę i ze starości wysuszę, jak już będę żyć tylko wspomnieniami to ten sam dreszcz przejdzie mi po plecach - że to wszystko było jakby wczoraj...Życie całe. Że to tak przeleci, przewieje, już było... I dlatego świadomie hamuję, bym chciała wycisnąć z każdej chwili, rozmowy, spotkania ile wlezie, ile się da. I pisać, pisać częściej, jakoś tak pełniej żyć, już pal licho te Bieszczady...


Wasza Z.