poniedziałek, 30 lipca 2018

Ci barwni.


Od zawsze fascynuje mnie fakt, że ludzie żyją różnie. Każdy swoim torem, żyje na swój sposób, inaczej myśli, czuje, doświadcza. Jestem absolutnie poruszona ludźmi, którzy często wbrew wielu idą swoją drogą. Buntują się czasem, idą pod prąd, mają gdzieś co ktoś o nich myśli. Są mega pozytywni. Kocham ludzi, którzy są dla mnie intelektualnym wyzwaniem. Ja mam wtedy takie wrażenie, że każde spotkanie z nimi to krok do przodu. Mój krok. Podświadomie gdzieś ich szukam. Znajduję. W ogóle coraz częściej mam przekonanie, że jednak podstawą wszystkiego jest człowiek i to tam należy doszukiwać się wypadkowej wszystkiego. Jest firma – ale to za nią stoi człowiek, jego doświadczenia, droga do tego, że jest teraz może i prezesem. Jest artysta – jego droga jest inna, ale coś za tym stoi, że jest on akurat taki. Za wielkimi wynalazkami, odkryciami, dziełami sztuki w literaturze i gdziekolwiek indziej stoi człowiek, jego wybory, drogi, doświadczenia, emocje i jego życiowy wózek. Absolutnie jest to miażdżąca świadomość. I jak to dobrze, że tak właśnie jest!!! Lubię ludzi o różnych poglądach, z własnym zdaniem, pewnych siebie i nieustannie szukających tego czegoś, robiących coś dla siebie i świata poza jedzeniem i spaniem. Tacy ludzie mnie kręcą. Mam taką grupkę znajomych, spotykamy się często, ale każdy z nas jest jak z innej gliny. Bardzo lubię nas wszystkich razem. Taka ludzka galaktyka – każdy świeci innym światłem, a każdy przecież wyjątkowy.




W swojej szkole od kilku lat zajmuję się organizowaniem wizyt zagranicznych studentów. Są to członkowie międzynarodowej organizacji zrzeszającej studentów-wolontariuszy z całego świata - AIESEC. Oni do nas przyjeżdżają, najczęściej dwójkami-trójkami i przez tydzień prowadzą zajęcia dla naszych uczniów, w ramach tego realizują tzw. Cele Milenijne. Prezentują swoje kraje, tradycje, obyczaje, historię, religie, obalają stereotypy z wielkim hukiem. Są tańce i narodowe stroje (wielkie przymierzanie), jest śpiew i muzyka. Uwielbiam te wizyty. Prawdziwa kulturowa jazda. Nieraz goszczę ich w domu, razem gotujemy, zdarza się, że trzeba kogoś przenocować. Ostatnio gościliśmy dziewczynę z Indii. Jedzą naprawdę pikantnie, a dom nigdy nie pachniał tak intensywnie masalą. Ale najważniejsze jest to, że głowa się wtedy mocno otwiera…Do moich uczniów, ale też mocno do mnie dociera to, że sposób w jaki żyjemy nie jest tym jedynym właściwym. Mi wtedy rosną skrzydła, świat jest przecież wielobarwny. Zawsze wtedy pada wiele pytań, dużo z tej kategorii niepopularnych, niewygodnych, ocierających się o religię, kuchnię, edukację, prawo – wszystko wtedy przestaje być tylko takie „z telewizji”. Młodzi są bliscy wypracowania własnego zdania. Nareszcie.




Co do osób barwnych...za nami weekend pełen artystycznego smutku. Odeszli Kora i Tomasz Stańko. Jasne, została ich sztuka, wciąż mamy ich trochę dla siebie, ale za sztuką stali Oni – znowu człowiek. Nic więcej już spod ich ręki nie wyjdzie. Jakby ktoś zakręcił kran, nic więcej się już nie naleje. Bardzo żałuję, że mamy o dwie różnorodne osoby mniej na świecie. Żyli jak chcieli i o to mi właśnie chodzi. Dobrze jest, gdy człowiek ma coś, co go wyróżnia, czyni innym, ma własne zdanie, myśli i zadaje pytania, nawet takie, które krępują innych, szukają i drążą, czasem palą mosty, ale budują za to kładki do innego, pięknego świata. Ich życie otwiera często zabetonowane głowy. Mnie interesuje wiele, ale wiele mnie też nie interesuje. Mimo to zawsze staram się wiedzieć, nawet jeśli to coś to zupełnie inna bajka, orientować się, pomyśleć, dlaczego jest właśnie tak. Polecam dociekanie. Bardzo doceniam w ludziach to, jak ktoś dochodzi do czegoś krok po kroku. Czasem tylko drobi nóżkami, ale idzie do przodu. Buduje klocek po klocku. Z takich drobnostek powstają, wydaje mi się, wielkie rzeczy i to w każdej dziedzinie. Nutka do nutki, a potem masz – cała orkiestra! Tak lubię życie budować.




Na progu kolejnego tygodnia życzę Wam właśnie tej niegasnącej chęci do szukania w sobie inności, wyróżników (jest takie słowo?), bądźcie inni, kolorowi, chętni do działania, do zgłębiania i szukania. Róbcie drobne-wielkie rzeczy. Byle na maksa, z prawdziwym przekonaniem, prawdą. Malujcie obrazy (nie musicie przecież kończyć w tym celu ASP), piszcie (nikt nie musi być od razu Szymborską albo Sienkiewiczem), szukajcie odpowiednich ludzi (będą świetną inspiracją), gotujcie molekularnie (będzie dużo dymu), komponujcie własna muzykę (mogą być cymbałki na początek), zbudujcie domki dla ptaków (pomysłowy Dobromir?), słuchajcie muzyki (polecam słuchawki) – no cokolwiek! Bądźcie wyjątkowi, różnorodni. Bądźcie inspiracją dla innych. Świat czeka.

Wasza Zylwijka

niedziela, 8 lipca 2018

Niedziela.


Niedziela. Pomyślałam, że zrobię rosół bo przez te upały odeszliśmy nieco od dań gorących. Właściwie to on mi zawsze wyjdzie jakiś nie taki. Kury może dziwne w tych czasach. Wszystko dziwne, inne. Mi się często wydaje, że ja też jestem jakaś niedzisiejsza. Tak z tym rosołem wyskoczyłam, a myślę kto tam dzisiaj takie zwykłe obiady robi… Przy garach stoi. Albo dogina z warzywami, chwasty wyrywa, żeby mieć tę marchewkę swoją, zdrowe zjeść. Jeszcze słyszę, że po co to, lepiej trawę mieć dookoła, że na bazarku wszystko kupię i tak samo dobre. Może. Często poglądy mam inne, nie wpisuję się w mainstream*, ale nie zależy mi. Ja bardzo, bardzo tęsknię do tego, żeby życie było proste (nie mylić z: łatwe), żeby nazywać rzeczy takimi, jakie są. I jak trzeba przypierdzielić słowem to robić to! A świat może i głaszcze dzisiaj wszystko za bardzo, co trzeba to wypoleruje, potem ludzie swoje dorobią i każdy mądry i swoją prawdę ma. I jak popatrzeć to wszystko świetne, praca, dom, dzieci, pies przy domu rasowy z rodowodem i chorizo** w lodówce zamiast suchej beskidzkiej. Ale czasem jak w oczy głębiej spojrzeć to smutne, zagubione może. Okazuje się, że ten wózek co się go za sobą wlecze to już ma kółka zósemkowane i sflaczałe opony od nadmiaru. Od ciężarów, których nie widać.


Zdarzyło mi się kilka razy powiedzieć za dużo. Czasem tak się palnie, a potem myśli latami wokół tego krążą. Ale zdarzyło mi się też powiedzieć wprost. Prawdę wyłożyć prosto, żadnych slalomów. Bilans strat jest pokaźny, ale duszę mam spokojną. Wiem, że tak należało. Kiedyś usłyszałam, że występuje dzisiaj  zjawisko neo-prawdy. Każdy ma swoją. Jak mi się to słowo podoba! To jest trafione w punkt! Bardzo niebezpieczne,  a wciąż się z tym spotykam. I to nie jest w telewizji, czy w dużej polityce. To jest tu – na każdym podwórku, w wielu rozmowach, w bardzo, bardzo wielu sytuacjach. Gonię to w cholerę, Boże, jak ja się na to wściekam! Chcę żyć w zrozumiałych ramach, być pewną, że czarne to czarne i nie ma nic pośredniego. Może i krąg ludzi z otoczenia by się zawęził, ale wszystko by było jasne i czytelne. Nie godzę się na manipulacje – żadne.
Mój dziadek Piotr mówił wprost. Walił prosto z mostu i cieszył się przez to dużym szacunkiem. Czyli było odwrotnie proporcjonalnie niż jest dzisiaj, gdzie zwykle pozbywamy się autorów niewygodnych słów. Co gorsze jeszcze, dajemy im to, co chcą byle by siedzieli cicho. Nie chcę tak. Za kilka dni minie dziesięć lat naszego małżeństwa. Fajny, dobry i bogaty wspólny czas, ale gwarantuję Wam, że gdyby nie było u nas czasem jak we włoskiej rodzinie to nic by nie było, te słowa by się nie pisały. A ja naprawdę potrafię być żoną z temperamentem, nie owijam w bawełnę. Gdyby czasem nie było gorzkiej prawdy wywalonej na stół, ciężkiej pracy i tych zósemkowanych kół w naszym wspólnym wózku to nic by nie było. I tego się trzymamy – teraz już we trójkę:)


Jest niedziela. Ten rosół tam pyrka. I ja z tym swoim przekonaniem, że dom to obiad pachnący od drzwi. Umorusane dziecko i kawa w zwykłym kubku. To rozrzucone klapki i żniwa za ogrodem, szelest krzątających się sąsiadów i lekko podchmurzone niebo. I jeżeli mam chwasty w ogrodzie to nie chcę mówić, że to gatunki śródziemnomorskie sprowadziłam. Chwast to chwast. Tu się nie da nic przeinaczyć. To jest takie, jakie jest - proste. Kwiat czy wredna nawet mucha nie udają, że są czymś innym. Bardzo odpowiada mi ten fakt.

To byłam ja - Zylwijka:)

* aktualnie typowe, często spotykane, czyli jest tego full...
** tradycyjna, hiszpańska kiełbacha, choć pewnie już spolszczona jej wersja też istnieje:)




niedziela, 10 czerwca 2018

Zwykłe, proste, trudne…


To najprostsze życie bywa jednak najtrudniejsze. Takie życie zwykłe – dom, praca, dziecko, zakupy, ogród, rachunki…no normalne takie, a czasem trudno żeby to wszystko jakoś spiąć, pchać do przodu. Często to u siebie obserwuję. Te najzwyklejsze codzienne czynności wymagają ode mnie najwięcej…czasu, siły, starań, emocji, pracy.  Żeby dom był zadbany, żeby obiad, w lodówce coś, żeby się komornikom przez opóźnione rachunki nie narazić i żeby dziecko było czyste i uśmiechnięte. A to przecież sprawy z kategorii „każdy je robi’. I żeby ten czas trochę mieć dla moich chłopaków, dla siebie uszczknąć też chwilę czy dwie. A tak to wszystko jakoś nieraz nie idzie, kosztuje dużo. Nie jest trudna rezerwacja biletu lotniczego na wyspy najcieplejsze, ale naprawdę rzetelne, porządne wykonywanie swojej pracy zawodowej już tak. Nie trudno piękne zdjęcie swoje do sieci wstawić, ale już ogarnięcie tego, co się na kadr nie załapało już tak. Żaden problem przeczytać cały internet o macierzyństwie i wychowaniu, ale sprostanie pyskującemu nastolatkowi to już wyzwanie.  Przejrzeć zdjęcia wnętrz z stylu Hampton czy Glamour nie jest trudne, ale utrzymanie  porządku w domu przy dzieciach wymaga poświęcenia. A przecież z tego głównie się życie składa. Z tych prostych czynności z dnia na dzień. Często odwiedzam blogi przeróżne i tam czasem taki błysk wszędzie, ciasto, zabawa z dziećmi przez pół doby, makijaż w pełni, planowanie domowego budżetu wraz z rozliczaniem comiesięcznym  i oszczędzaniem, do tego jeszcze każdy dzisiaj „koordynuje projekty” (zamiast „robi coś”, czy „pracuje” po prostu) i to wszystko takie jest idealne. A jak się tak kadr w telefonie lekko przez szturchnięcie przesunie w czasie zdjęcia to się okazuje, że już tak idealnie nie jest. Że pod ten kadr tylko wysprzątane, po tym cieście mikser nieumyty, klocki dziecko po podłodze rozrzuciło, kompot się wylał, a te skrzętne rozliczenia wydatków by oszczędzić dawno wzięły w łeb bo potrzeba jednak konsekwencji…Już nie perfect.





Kiedyś przeczytałam fajny wpis blogowy u pewnej fotografki. Napisała o autentyczności w sieci i jakoś często mi się jej słowa po głowie kołaczą. Że wszystko można sobie upiększyć, za pomocą oprogramowań pokazać siebie jak się chce. Można świat podkręcić. Jak my siebie pokazujemy, jak postrzegamy, że wszystko takie wyniuniane …no mucha nie siada. A ja tak nie chcę. I jak tak spojrzeć na to z boku to jeśli dzisiaj życie tu i teraz i życie w sieci to ta sama rzeczywistość to…pół życia to ściema. Naprawdę tęsknimy nie do sushi, ale do prostego obiadu z jajkiem sadzonym i kefirem. Nie do pięknych marmurowych blatów na kuchennej wyspie, ale do zwykłego spotkania w małej blokowej kuchni wieczorem, gdzie każdy siada na ryćkach* i opowiada dzień. Nie do mebli Chesterfield ale do wygodnej kanapy, może poplamionej sokiem czy czekoladą, na którą wciśnie się cała rodzina z dziećmi i obejrzy wspólnie kino familijne. Nie do zorganizowanego w terminarzem dnia, ale do czasu spędzonego razem na prozaicznych czynnościach. Nie chcę przyjęć w pałacach, ale chętnie zapraszam znajomych do domu i podaję im kawę i ciasto moje nieidealne. Prostego życia mi się chce.



Mam kilka ulubionych blogerek. Jedna z nich pisze książki, ma własne wydawnictwo, robi filmy, blogosfera ją już zna a świat literacki się przed nią mocno otwiera, i wiecie, że ona za chwilę będzie hodować kury??? Jak mi się to podoba! Takie wypięcie się na ten sztuczny obrazek, że Pani-Pisarka-Wydawniczka z binoklem na oku i paznokciem zawsze nienagannym. Ona będzie za chwilę późnym popołudniem zbierać z dziećmi jajka i sypać ziarno. Dla mnie bomba! Inna jeździ wozem z koniem po wsi i przejażdżki koleżankom organizuje, nalewkę robi, drożdżowca ukręci raz-dwa i kaczki jej się wykluwają non-stop, a kalosze są często główną częścią jej garderoby.  I szczęśliwi jacy! Żebyście mnie dobrze zrozumieli – mi nie chodzi o to, że teraz mamy wracać do dziejów prastarych i żyć jak żyły nasze babki i konie zaprzęgać, żeby osiągnąć szczęście. Idzie o to, że się gdzieś świat chyba zapędził, za bardzo się w nim kolorujemy…A proste życie jest na pewno trudniejsze od wstawiania zdjęć na instagrama, ale jest też dużo głębsze i lepsze, po prostu. Nie nadyma się i nie puszy. Jest pranie i obiad, siedzenie murem przy gorączkującym dziecku, są plamy na bluzce, i popsuty ziemniak we wiaderku w szafce pod zlewem. Jest koszenie trawy, kawa (zwykła z fusami, taka zalana tylko…niby po turecku) przed domem, rozbite kolano i solidna kłótnia z mężem…(Przemuś, no tak mi się akurat napisało, że z mężem). Jest czas na nic-nie-robienie na dywanie z dzieckiem i na grę w 5 Sekund, jest czas na dobrze zrobioną robotę przez osiem godzin w pracy. Jest łazienka do sprzątnięcia, i dziura w podłodze bo mały upuścił młotek. Jest życie zwykłe, proste. Trudne. Wybieram je.

Sylwia

*małe krzesełko na mega-krótkich nóżkach, przez co niskie jak cholera, a na dodatek zwykle jednak bez oparcia

środa, 2 maja 2018

Przyzwyczaić się...

Człowiek to się tak jakby do życia przyzwyczaja. Że ono jest. Przyjmuje to za fakt, pewnik jak nic...tak jakby się to nam należało. Że do sklepu się idzie, za przedszkole leci zapłacić, do fryzjera włos ściąć. Że obiad się robi, miski pomyje, z dzieckiem zagra w grę. Że zaraz mąż z pracy przyjedzie, że na angielski się syna podwozi i telefon doładowuje, że się na działkę rowerem pojedzie, kupi paliwo do kosiarki. Tak się siedzi w tym wszystkim, a to życie też po prostu jest. Czasem coś jednak tąpnie nie tak, frank poszybuje w górę i przez to kredyt przygniecie, choroba się może pojawi swoja czy dziecka, albo się straci bliskiego przyjaciela...I wtedy te myśli człowiek już ma inne. Dzisiaj widziałam w TV reportaż o dziewczynie - stewardessie, która w wyniku wypadku samochodowego porusza się teraz wyłącznie na wózku. Rehabilitacje, ćwiczenia, motywowanie, szukanie możliwości otwarcia kolejnych drzwi, żeby coś drgnęło. A wcześniej latała...po całym świecie. I tak mi się to dzisiaj po głowie kołacze...o to przyzwyczajenie do życia mi chodzi. Że czasem takimi jesteśmy pępkami świata, cwani tacy w tym życiu, że nas to wszystko nie dotyczy, że ominie może, nie spotka. Tak trwonimy czasem te proste chwile i jeszcze jęczymy, nawet gdy jest dobrze. Samej zdarza mi się, że tak robię, ale bardzo siebie wtedy nie lubię...bardzo. A potem nagle zdarzy się, że trzeba się szybko przebrać i wejść w inne buty, inaczej zacząć żyć, być w innej rzeczywistości. I to czasem jest taka rewolucja...Wtedy wiemy, że nic nam się nie należy. Zdarzyło mi się kiedyś tak, że musiałam spędzić Dzień Matki w szpitalu. Ze swoim dzieckiem. Tam się żadna z pozostałych mam nie spodziewała, że jej życie tąpnie właśnie w tym nieprzewidzianym kierunku, że tak się wszystko zmieni, trzeba będzie się odnaleźć, na nowo zorganizować bo choroba, praca, rodzina. A wtedy człowiek najbardziej tęskni do tej rutyny, do zwykłego dnia, już żadnych wakacji w Portugalii ani na Rodos nie chce. Chce się znowu tego uczucia, że życie przecież jest, że czeka, chce się herbaty z własnego kubka i żeby się okazało, że ta góra prasowania znowu na nas czeka. Ba! Ona nas nawet cieszy! Tak się wtedy chce rozmowy ze sklepową choć wcześniej nie dało rady kobiety zdzierżyć, chce się kanapki z ukrojonego krzywo chleba i spotkania ze znajomymi i żeby było jak dawniej...Serialu w telewizji, tego hałasu jak dziecko wrzeszczy i tych klocków wszędzie. Chce się własnego sernika i kąpieli w wannie, choć mała trochę...Wszystkiego się chce i żeby nic się nie zmieniło, żeby móc się znowu...przyzwyczaić do zwykłego, prostego życia. Ale to widać wtedy jak coś tąpnie właśnie...

Pozdrawiam majówkowo!
Wasza Z.

Ps. W przedostatnim wpisie opisałam mój post facebook'owy. On w zasadzie wciąż trwa, bywam tam sporadycznie, nie publikuję. Obecnie trwają tam foto-pokazy i wyścigi kto lepiej i bardziej egzotycznie spędza majowy długi weekend, komentarzy nie ma końca. A ja tak nie chcę i wymykam się min. do tej przestrzeni blogowej tutaj:) 


niedziela, 11 marca 2018

Jeśli by była...

Dokładnie dzisiaj moja mama skończyłaby 70 lat. Jeśli by była. Ja bym jej wtedy tort upiekła, jakiego świat nie widział i byłby fajer na sto-dwa!!! I goście i kwiaty i życzenia ze stron wielu. Pewnie by był w domu gwar i ktoś by wychodził na papierosa, potem by wracał, a inni znowu by wychodzili i tak te drzwi w te i wewte by się otwierały i zamykały. I te talerze z plackami i zakąskami bym przestawiała, bo to raz coś na ciepło, raz na zimno bym serwowała. Może nawet tańce by ruszyły. O jakie to by mogły być walce i tanga, wszyscy by pewnie ze śmiechu się kładli. Potem by była chwila na szampana, korki w suficie, plamy na dywanie i taki toast, że sama bym się wzruszyła. Telefon od rana by dzwonił, ja bym latała z nim, ona by za życzenia dziękowała. Kot by się do niej łasił jakoś tak ckliwiej. Jeśli by była...
Prezenty przeróżne by były. Ciepłe kapcie może by się trafiły, coś z pięknej biżuterii z kamieniem, albo bilet do koncert. Może ktoś by album zdjęć zrobił - taki przekrój tych siedemdziesięciu lat. I byśmy to oglądali z rzutnika i każdy by się na jakimś zdjęciu odnalazł bo to kawał czasu. I ja mała i brat trochę starszy. Dom rodzinny, a potem kolejne. I coś tam z pracy, to zaś z wakacji w Wysocku pod Ostrowem, wyjazd do Paryża z bratem i ten ze mną do Rzymu, Wenecji, Pragi. Ja bym pewnie płakała strasznie, że to wszystko już minęło, ale potem zaś człowiek by się uśmiał, że na zdjęciach taki szczupły i fryzura dziwna. A ona by mówiła, że to wszystko jakby wczoraj. Może by się jej oko zaszkliło. Jeśli  by była...
Ja bym jej w te urodziny powiedziała tyle ciepłych słów, że tak dała radę ze wszystkim, chociaż w sumie życie nie rozpieszczało. Że musiała być dla nas mamą i tatą, że na ludzi wyszliśmy. Piotrek by się jej na kolano wcisł, bajkę przyniósł, wtulił się w ciepłe ramiona. Potem byśmy wspominali minione dzieje. Jak dom na wsi pomagała ojcu stawiać, jak pracę zaczęła, a potem za pierwsza pensję kupiła rower, żeby nim do tej pracy gnać dzień w dzień. Potem jak kawalerkę w miasteczku wydębiła, a potem służbowe dostała i w tym mieszkaniu leciał nam piękny czas. Jak miał być napad na pocztę (serio! tylko ci poczto-terroryści cieńcy byli i wszystko się wydało), jak pokończyliśmy szkoły, studia. Jak wyjeżdżaliśmy i wracaliśmy - ja i brat. A ona zawsze czekała. Takie okienko było na klatce schodowej i ona w tym okienku widziała, że z pociągu wracam. Nim doszłam do mieszkania już obiad był ciepły. Że w sumie to też na miejscu nie wysiedziała, zawsze coś już planowała, że w sumie ten dom, gdzie teraz jesteśmy to też część jej drogi. Może te wszystkie wspominki by trzeba było głośniej opowiadać bo słuch już by był nie taki. Okulary bym jej podała, żeby te zdjęcia dokładnie widziała. Jeśli by była...
Gdyby była mogłabym zapytać, czy do kopytek to pszenną czy ziemniaczaną dodać, bo nigdy nie wiem i dlaczego moje leniwe wychodzą zawsze takie, że można nimi tynki zbijać. Z Piotrkiem by zawsze chętnie została, on by jej śpiewał o opowiadał i Gwiezdnych Wojnach albo o mistrzach Spinjitzu, a ona by ze spokojem słuchała. Jakby trzeba było to by jej kocem nogi okrył, albo herbatę podał. Może byśmy się czasem pospierały jaki kolor tym razem na ściany, a potem i tak by wyszło na jej. Ona by mnie bardziej ciągła na pchli targ, ja ją zaś do Ikei i każda by była zadowolona. I ogród - ogród by planowała, dopieściła, a tak to trochę czasem na odczepne to moje plewienie. Ona by się wściekała, że paprok jestem, że niedokładnie. Jeśli by była.
A może już by wymagała mocno naszej opieki, pomocy we wszystkim i by się złościła, że mamy z nią dodatkowe obowiązki. Mogło by przecież być i tak, życie jest różne. Ale ja bym jej z tych siwych włosów układała fryzurę, smarowała pachnącymi kremami Vichy - ulubione. Do biblioteki też bym musiała może za nią pójść, bo siły nie te - ale ja bym chętnie szła. Jakby trzeba było to bym ją pod pachę prowadziła po ogrodzie, czy na wózku nawet, a ona by mi znów tę niedokładność zarzuciła:) Ale ja bym to przyjęła z uśmiechem. Potem kawę bym zrobiła i tak byśmy patrzyły w ten ogród, jak kiedyś siadałyśmy na schodkach przed domem. Trochę bym jej w uchu podkręciła aparat, żeby śpiew ptaków bardziej słyszała. Jeśli by była.
Ale nie ma jej już z nami. I nie ma nic z tych urodzin opisanych powyżej. Jest cisza, ja nie biegam z tym telefonem od rana, tych tańców, tortów nie ma. Jak umiera mama to jakaś część serca się w człowieku zamyka na stałe. Ale w tym zamknięciu ta mama ciągle jest...i podpowiada czy to pszenną czy ziemniaczaną do kopytek dodać. Dzięki mamo.

Sylwia













poniedziałek, 26 lutego 2018

Bez Facebooka - dziennik pokładowy. Zapisków część pierwsza.

Jak się tak rozejrzałam po ludziach, po blogach, rozmów posłuchałam to...jest nas więcej. Tych chwilowo odciętych. Wylogowanych. Poza Facebookiem. I jest ich dużo. Ale od początku...
Najpierw, na serio miałam jakieś podenerwowanie. Zwłaszcza, że messanger też poszedł na trochę w odstawkę. Normalnie, taki niepokój, że może ktoś coś będzie chciał, albo zawodowo coś ważnego mnie ominie i co to wtedy będzie. Albo, że wiadomość może jakaś zza granicy pozostanie bez echa z mojej strony i też jakoś lipa będzie. No różne się człowiekowi myśli plączą. Z drugiej strony nie jestem Urubko, że poszłam w górską otchłań bez telefonu i nie ma się jak skontaktować - na chwilę nie ma mnie po prostu pod ręką. I jak jest?



Myśli łatwiej zebrać, skupić się na czymś...na jednym. Planować. Nie mam wiadomości o tych wszystkich małych i dużych sprawach polityki krajowej i tej małej tutaj. Nie wlokę wzrokiem po tych wszystkich komentarzach, zupełnie niepotrzebnie przecież...Głowa mi się jakby wietrzy:) Nie irytują mnie łańcuszki o treściach wszelakich i złote myśli o miłości z kwiatkiem w tle. Naprawdę jest czad. I nawet nie ciągnie żeby tam zajrzeć, czyli wystarczy lekko tydzień z hakiem i ból uwiązania mija. Ulubione przeze mnie treści wyszukuję po prostu wyszukiwarką, znajduję na YouTubie, na blogach i nic mi nie przeszkadza w czerpaniu z tego. Nie pstykam ciągle na fb żeby zaktualizować swoją wiedzę, co tam akurat u kogoś.
Spotkałam ostatnio znajomą i ona też już jest z tych "poza" i sobie chwali:) Było może lekkie zdziwienie, że jak to tak nie lajkować, nie skomentować, nie wrzucić obrazka z dobrej lekcji...No da się. A i może te lekcje nawet lepsze są, przemyślane bardziej...taka mi się teraz myśl wkradła...Blogi ulubione dzisiaj przejrzałam, a tam też kto szuka bogatszych treści to uciekł na trochę z mediów społecznościowych, albo całkiem się odciął. Można przecież tak żyć - taka decyzja. I może to nawet na zdrowie wyjdzie, dzieci dopilnowane i w grę można z nimi zagrać, bo jakby czasu więcej. Nie ma presji chudnięcia z Chodakowską, tylko jest radość, że się dla rodziny syte ciacho upiecze. Tego ciśnienia nie ma. Że wszystko trzeba wiedzieć, zdjęcie wrzucić, bo remont zrobiony albo auto nowe, a to przecież świat musi widzieć... I choć to może przecież nic złego, no niech sobie wrzucą, skomentują, jak chcą, ja sobie chwilowo zafundowałam od tego wolność:)

Na tym zapiski pokładowe zakończono.
Sylwia

Ps. Dodałam zdjęcia - kilka dni temu, w mroźne popołudnie takie niebo zastałam za ogrodem...


wtorek, 13 lutego 2018

O książkach i o fejso-poście:)

Czytam falami. Czasem takie tsunami książkowe mnie dopada, że nie idzie się oderwać - jedna za drugą. I to nie jest tak, że idzie jesień czy zima to się szykuję i robię niedźwiedzie zapasy książkowe. Ja to mam cały czas. Dzięki książce człowiek nigdy nie ma jednego życia... Bywa też czasem tak, że mam dość słów, zdań, stronic. Nie i koniec. Moja praca w dużej mierze składa się jednak z czytania, myślenia nad tym, co ktoś napisał i czasem czuję, że jeszcze książka to już za dużo. Taki przesyt. Mija to jednak i zaczyna się od nowa. Nie wiem jak jest u Was, ale ja w dużej mierze polegam na czymś, co ktoś poleci, mam takie przeczucia, czy coś mi się może spodobać czy to raczej literatura nie dla mnie. Mam problem z wyborem, gdy sama coś chcę sobie sprezentować. Wchodzę do księgarni i koniec - wybór jest prze-o-gro-mny, za duży jak dla mnie. Czytam, owszem, te podsumowania na okładkach, taki jakby klimat chcę złapać, ale nic to. Zwykle wychodzę z niczym. I smutna. Nie tykam science-fiction, kryminałów i fantastyki. Nie mylić z fantasy. Lubię biografie i autobiografie, pamiętniki i dzienniki, dzieje osadzone w realiach wojennych, lubię książki dokumentalne, czasy starej Anglii, trudne miłości i relacje, dwudziestolecie międzywojenne i klimaty dawnych wsi. Lubię, jak tam się gdzieś mieszają arystokrackie wątki...W szkole średniej (wbrew ogólnej niechęci) kochałam Lalkę, Noce i Dnie i Nad Niemnem, potem Wichrowe Wzgórza i Portret Doriana Grey'a... Tak było. Wciąż pochłaniam też spore ilości prasy, czasem w wersjach papierowych (cyk! do torebki), czasem w wersji elektronicznej (ale jakby wrażenia słabsze)...


Kiedyś przeczytałam taką wypowiedź na jednym z blogów, akurat był wpis o czytaniu: Jeśli nie czytam to czuję, że nie mam nic do powiedzenia, powtarzam się. Właśnie. Czytanie te nasze głowy nam otwiera, zabiera gdzieś daleko, wywozi na chwilę z naszego życia. I jak już człowiek z tej podróży wróci to tyle by można opowiedzieć, pospierać się, jeśli ktoś tę podróż inaczej przeżył, wyobraził sobie. Można noce przedyskutować, nabrać innej perspektywy, a czasem się zwyczajnie tęskni, że to już koniec, że tę ostatnią stronę się już przewróciło... 


Zatem - lubię jak ktoś coś poleci. Mam nawet taki notatnik i w nim zapisuję, jak coś mi wyda się godne uwagi. Ma porządną, skórzaną okładkę i nazywa się Czytajnik. Mógłby się jeszcze nazywać Oglądajnik bo tytuły filmów też tam czasem zapisuję, na zasadach jak powyżej:) Potem czytam opinie o nich, kilka słów o bohaterach i zamawiam. Jutro dotrze do mnie taka książko-przesyłka. Długo się kręciłam wokół tematu i zamówiłam Stulecie Winnych (saga - trzy tomy) i Jeździec Miedziany. Już zacieram łapki. Cieszę się tym bardziej, że na nadchodzący od jutra post zdecydowałam o chwilowej (6 tygodniowej) rezygnacji z usług facebook'a. I messanger'a też. To dobry czas żeby się wylogować i oderwać od wszelakich złotych myśli, łańcuszków i wyścigów na ilość polubień dla Jana Pawła II-go. Nie chcę oglądać politycznych memów, mielić polityki i czytać kąsających komentarzy o tym, czy dobrze, że Tomek Mackiewicz wybrał się na Nanga Parbat. Chcę odsapnąć od reklam płatków Nestle, sugerowania mi, jaką sukienkę mam kupić i nie chcę, żeby facebook życzył mi miłego popołudnia. Nie chcę przez chwilę niczego lajkować, ani za bardzo wiedzieć, czy ktoś jest akurat na Malediwach na wczasach, ani nie chcę żeby facebook informował mnie o tym, czy przyleciały bociany. Może dzięki temu sama to zauważę. Taki post sobie zaplanowałam. Będzie ciągnęło - ja wiem, ale niech to będzie próba charakteru. Jak z czekoladą. Jest oczywiście taka grupa profili, która zawsze wnosi coś wartościowego - bez problemu znajdę ich świetne treści na stronach w sieci. Nawet cieszy mnie fakt, że jak ktoś będzie chciał się ze mną skontaktować to wyśle do mnie ten stary wynalazek, jakim jest sms. Albo zadzwoni - co cieszy jeszcze bardziej. Będę natomiast na instagramie (no lubię go jakoś) i na blogu chcę częściej pisać...Tylko, że te książki przyjdą to mogę przepaść:):):):):):)

Tymczasem zachęcam Was bardzo do sięgania po książki, bardzo Was namawiam. Wybór jest tak szeroki, że każdy znajdzie dla siebie jakąś podróż. 

Pozdrawiam Was ciepło. Odezwę się, jak mi idzie fejso-post:)
Wasza Zylwijka