piątek, 14 kwietnia 2017

CISZA jak ta i o słowach z drugiej strony kratki...

Czy może wtedy, kiedy już będę taka całkiem stara i sucha prawie...czy moje ręce chętniej się skleją i zwrócą ku górze? Czy jak już słyszeć prawie nie będę to wciąż usłyszę to, co dla człowieka jest najważniejsze? Czy jak już zęby wszystkie wypadną to zdołam zawołać jeszcze wyraźnie, halo Boże czy jesteś, gdzie jesteś? I właściwie po co nam to wszystko?


Lubię ten dzień-dwa przed Wielkanocą. Czas totalnej, duchowej ciszy, pytań i odpowiedzi, krzątania ale i mentalnego odpoczynku. To trochę jakby odetchnąć pełną piersią i powiedzieć: Tak, potrzeba mi ciszy jak nigdy wcześniej. Mówią, że wtedy rodzą się najpełniejsze myśli, pomysły, wiele się może poukładać, też w tym boskim sensie. Żeby było jasne...ja nigdy nie byłam bardzo kościółkowa - nigdy. Dla mnie życie z Bogiem u boku to nie siedzenie w kościele, bo przyjęło się, że tak trzeba. I ciągle mam gdzieś właśnie takie przekonanie. Znam mnóstwo ludzi, którzy wszystko zawierzają Najwyższemu, a nie ma nich za grosz ślepego dreptania ścieżek do kościoła w sensie pewnej instytucji. Znam takich, którzy są w kościele codziennie, a potem jadą po wszystkich, kłamią i są nieszczerzy. Nie chcę tak.


Lubię, jak mnie ktoś tak czasem szturchnie myślą, albo zmiażdży tak, że opada mi szczęka. Albo zaskoczy w tym duchowym sensie. Potem się to wszystko tak wwierca jakoś i nie ma siły - nie zostaje obojętne. Właściwie wciąż szukam takich ludzi, przewodników, odważnych i bezkompromisowych. Są. W przeciwnym razie może dawno bym się odwróciła od wszelkich przejawów jakiegokolwiek duchowego bytu... Ale ciągle jeszcze ufam, że coś jest na rzeczy, że może jednak nie sami o wszystkim decydujemy...może. Po moim ogromnym buncie, całkowitym odwrocie w ferworze wielu nieprzetrawionych pretensji jestem jakby spowrotem w Kościele. Z pewną dozą zadziwiającej niepewności stoję dopiero w progu. I to jest inne niż było kiedyś, kruche bardzo jakieś takie...łatwo to spieprzyć.


Kilka dni temu jeden z duchownych mnie pozamiatał. W konfesjonale. Sprawił, że może nawet stoję znowu nie we wspomnianym progu, ale przed nim. Na dzisiejsze, wielkopiątkowe uroczystości nie pojechałam. Ukochany pojechał, przywiózł kilka dobrych słów. Myślę, że jak można w chwili, gdy 190 miast w tym kraju organizuje masowe spowiedzi, żeby zaprosić jak najwięcej ludzi do wspólnego świętowania Wielkiej Nocy powiedzieć komuś, że właściwie w sensie religijnym to dupiato żyje? I że jak ja nie zawsze idę do kościoła w niedzielę to szkoda mojego czasu i - uwaga - zdzierania butów, żeby tu do spowiedzi przychodzić...skoro sobie chcę żyć po swojemu. A mi się właśnie wydawało, że jestem bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. DING!!!! Ja mam zawsze odpowiedź w rękawie, ale tym razem lipa...bez słowa zostałam. Tacy duchowni mocno dają odczuć, kto jest jednak w Kościele najważniejszy, taki bez skazy. Przeszło mi przez myśl, że może po prostu trafiłam na dziada...ale jeśli jest takich w skali kraju kilkadziesiąt, albo kilkuset??? A przez ich konfesjonał przejdą dziesiątki spowiadających się to może to dać conajmniej kilkusetosobowy ubytek w całej wspólnocie. I szkoda.


Zostaję ze swoją przepychanką myśli. Jutro zaczyna się dobry, ważny czas. Przesyłam moc uścisków i życzę spokoju, radości i wiele ciepła ze spotkań w mniejszych, czy większych gronach. Niech będzie głośno od śmiechu i ciepło od miłości najbliższych. Acha i szukajcie mądrych duchownych, wierzcie mi, że są.

Ze świątecznym Alleluja,
Wasza Z.



wtorek, 4 kwietnia 2017

PROSTO.

Czasem trudno mi przebić się przez ogrom treści, jakie napotykam wokół siebie. Wszystkiego jest mnóstwo. Dla mnie za duży wybór to jest koszmar. W księgarniach - dramat - nic wybrać nie umiem. Czytam tylko coś, co ktoś mi poleci, albo sama się tym zainteresuję. W wieszakach jak buszuję - koszmar - im więcej asortymentu, tym pewniejsze, że i tak nic nie kupię. Dawno przestało sprawiać mi przyjemność przeglądanie ubrań na aukcjach w sieci bo wszystkiego jest, jak dla mnie, za dużo. Taki kłopot z wyborem bo mam wrażenie, że wszystko się przewala, przelewa i nie da się tego udźwignąć... Może ktoś ma podobnie? Przez morze treści sieciowych, blogowych, wpisów fejsbukowych...nie mogę się przecisnąć. A wystarczy chyba, żeby było...prosto. Nawet mniej.


Mam takie przeczucie, że prostota dosłownie we wszystkim, absolutnie, się broni. Zamiast sukni z piórami - klasyczna, czarna. Zamiast wielu słów - proste zdanie wyrażające potrzebę czy uwielbienie. Zamiast wielu wieszaków - kilka naprawdę wyszukanych rzeczy. Zamiast wielu składników w daniu - kilka prostych smaków. Zamiast wielu książek, ulubionych blogów, stron www, podcastów - kilka z naprawdę dobrą treścią. Zamiast ekipy ludzi o średnim nastawieniu do mnie - kilkoro sprawdzonych, niezawodnych osób. Zamiast w donicy wielu kolorów, roślin i zapachów - kilka w podobnej tonacji lub o miłym zapachu. Zamiast rozbieganych sytuacji, zdarzeń, ciągłego latania gdzieś lub za czymś - proste życie.


Absolutnie cieszą mnie rzeczy najprostsze. Znajduję radość w czynnościach, nad którymi może się nawet do końca nie zastanawiamy. Lubię jak wszyscy jesteśmy w domu - razem. Lubię spotkania na kawie, jak znajomi wpadną. Lubię w ogrodzie pogrzebać i cieszę się, że go mamy. Lubię ciasto drożdżowe i mam radochę jak chłopaki zajadają. Lubię proste czynności, bo chcę żeby życie było proste...A ile można wtedy dostrzec! Lubię proste dźwięki jak muzykę odpalam na cały hajc, proste myśli zamiast wielogodzinnego rozmyślania. Lubię prosty przekaz i zwykłe rzeczy - jak kot przyjdzie na kolano. Lubię jak Przemko jest blisko i jak dziubie coś tam, a potem wychodzi z tego rzecz wielka. I jak rysuje. I klocki układa z Piotrulkiem. Zamienię samochodowy wypad za miasto za prostą jazdę na rowerze przez pobliskie pola. Wybieram książkę o konkretnej treści, niż przegląd tysiąca nowości w sieciowej księgarni. Wybieram prostą kawę zamiast takiej wymiksowanej z niezliczonymi dodatkami. Wolę rozmowę twarzą w twarz, niż taką pisaną, gdzie nie wiem czy ktoś się tam szyderczo nie podśmiewa. Wybieram proste wygodne buty, w których pójdę w świat, niż drogie botki w kolorze indygo, po to żeby koleżanki widziały...I prostą pracę ze zwykłym człowiekiem. I wdzięczna jeszcze jestem za te wszystkie doświadczenia, które mi taką prostotę pokazały...Udanego tygodnia, pozdrawiam ciepło:)
Wasza Zetka.












sobota, 4 marca 2017

Dusza z kawałków...

Mam chyba takie wnętrze, co się z wielu wnętrz składa. Takie złożone. Duszę z kawałków jakby... Jestem tu, w tym nowoczesnym wieku, ale gdybym nagle obudziła się w wieku osiemnastym też byłoby całkiem fajnie. Ja bym może nawet chciała... Albo tak w latach 60-tych!!! Dzwony bym nosiła, koszule w kwiaty i może bym była całkiem wyluzowana w sprawach damsko-męskich. Pojechałabym na ten słynny Woodstock - ten prawdziwy, w Stanach i śpiewałabym i krzyczała o wolności na całe gardło. Na całe. Lubię serial "Poldark. Wichry Losu" - o, a gdyby tak tam? Anglia, XVIII wiek. Mogłabym być tą w sukni satynowej, albo pięknej z atłasu i dziergać na szydełku całe dnie i wzdychać do ukochanego. Ale też bym się widziała na koniu, z potarganymi włosami, w obłoconych butach, stajnie mogłabym czyścić. Mogłabym na polowania jeździć, ale też cierpieć na "globus" i upadać w ramiona tego, w którym płynie arystokracka krew. I tu bym się widziała, i tu. U królowej Wiktorii mogłabym nawet w kuchni pracować, albo kiecki jej naprawiać, ale dobrze by mi było też wśród prostych ludzi, gdzie trzeba pomóc, bo dzieci chore. Albo zapałki mogłabym dla nich sprzedawać. Wszędzie być by się chciało.
Często myślę, że chętnie bym się widziała w mieście, mega dużym - takim Nowym Jorku na przykład. Mogłabym projektować ubrania, albo wnętrza i ogrody - bo lubię. Albo DJ-em bym mogła być w największej dyskotece w mieście. Koncert bym mogła zorganizować albo fotografią się profesjonalnie zająć. Każdy wieczór spędzałabym w klubach, w knajpach, gdzie dobrze grają. Kasyna mogłabym obsługiwać - bo grać to nie bardzo. Ale zwykłym nowojorskim taksówkarzem też bym była dobrym. Można by pogadać ze zwykłym człowiekiem, że trzeba zarabiać, że kapitalizm, że ludzie pędzą i że w miejskim parku znowu kogoś zgwałcono. Za taksówkowe oszczędności dzieci bym posłała do szkoły z czesnym, a potem na Harvard. Ale też mogłabym tam być tym imigrantem, co to go nikt nie chce. Może bym się wtedy swoich bardziej trzymała, takich Meksykanów na przykład. I więzi między ludźmi by się odrodziły i rodzina by była na nowo ważna. Tylko, że ja przecież odwróciłam się świadomie od miasta i jestem tu...
Ile to już tych kawałków?
W czasach wojen też bym się widziała - jako sanitariuszka. Bułki bym potajemnie dzieciom przynosiła, kradła bandaże, żeby pomóc zranionym. Porody bym odbierała tym biednym, wystraszonym kobietom, wódką odkażała rany i zawsze miałabym dla nich dobre słowo. Gazety bym mogła tajniacko drukować, ulotki roznosić. Ale jakby trzeba było to bym granatem rzuciła i czołgiem pokierowała.  Być tu i tu, taką i taką.
Duchowne życie też bym mogła prowadzić. To byłoby coś - taki Tyniec dla kobiet:) Albo w Indiach być naczelną joginką wszystkich joginek i umieć oddech zatrzymać na 10 minut i nogę przełożyć osiem razy przez szyję:):):) Mieć swój Zen. Ale być zwykłym człowiekiem co szuka swojej własnej duchowości też jest dobrze, a i wątpić mu bardziej przystoi i pytania może zadawać w nieskończoność, bo inni mu odpowiedzą...Może.
Filmy bym też mogła robić, i książki obowiązkowo pisać. Być takim babskim Wajdą, co to go wszyscy znają i podziwiają, zrobić film ważny dla świata, dla historii...a książkę to może kiedyś napiszę:) Ale dobrze mi też z taką wizją, że będę tylko na filmy chodzić i je oglądać, a książki czytać bo lubię jak diabli. Mogłabym prowadzić też małą knajpkę w Sopocie, albo na Bali. Robić drinki z parasolką i sprzedawać spodenki plażowe albo deski surfingowe i wszyscy by się mnie pytali czy wybrać taką, czy taką, a ja bym im doradzała. Ale lubię też fakt, że Bali pozostaje w sferze moich wakacji marzeń, surfingu w zasadzie nie lubię, o tych spodenkach-bahamkach nie wspominając. I to też jest fajne.
Albo taką minister edukacji bym była:) To jest strzał, co? I bym te zmiany cofnęła, większą kasę dała nauczycielom i wychowawcom i szacunek bym miała do nich jak nikt. Bo to by byli moi ludzie. Ale zwykłym nauczycielem też jest mi dobrze. Lubię ten światek młodych ludzi. I czy ja mam aspirować do Ministerstwa, skoro tu na dole robotę lubię? Jak się jednego, czy drugiego na właściwe tory ustawi, chleb i buty będzie umiał po angielsku kupić, jak już wyjedzie zarabiać to jest dobrze.
Acha, ratownikiem GOPR'u też bym mogła być. Nosić te czerwone kurtki, nos mieć zmarznięty nieustannie i ostrzegać piękne panie, że w tych butach to w góry nie bardzo...Odważnie ściągać ze szczytów tych zagubionych, albo co pod lawiną zostali i cieszyć się, że życie udało się uratować. Ale kocham też tę myśl, że lawin nie ma za moim oknem, że do pracy nie muszę zakładać raków i nie muszę wiązać się na codzień kilogramami uprzęży, tylko mogę szpilki włożyć i spódniczkę.
Ile to już kawałków?
Czasem sobie myślę, że mogłabym być takim Religą, albo nawet Wisłocką, albo neonatologiem, dzieciaczki maciupkie ratować - zaproponować życiu coś absolutnie nowatorskiego, takie novum, że wszystkim po latach szczęki opadają. Ale lubię fakt, że to ja dzisiaj mogę korzystać z tego, czym się zajmowali, wiedzę mamy dzisiaj dzięki nim większą, serducho zdrowsze, a dzieciaczki urodzone o wielkości pięści mogą normalnie żyć...
Ten tekst mógłby w zasadzie nie mieć końca...tyle mam tych kawałków siebie. Ale kocham to, że jestem tu, taka, z takimi ludźmi, w takim otoczeniu. I choć czasem gdzieś się tak wyrywam do wszystkiego, to wszystkiego robić się przecież nie da. Ja jestem trochę tym Wajdą jak film dziecku na szafie cieniami pokazuję, i jestem lekarzem jak chłopaki niedomagają, to leki podam. Jestem ratownikiem, jak wlezie kot na drzewo i zejść nie umie. Jestem tą panią od knajpki bo jak się zjedzie do nas więcej dzieci to koktajle robię przeróżne. Jestem od edukacji i swoje reformy na lekcjach wprowadzam. Bywa, że jestem tą z granatem w kieszeni i rzucam wtedy jak już mi się cierpliwość kończy i czołg też prowadzę bo całym domem dzień w dzień zawiaduję. Tym taksówkarzem trochę jestem bo po drodze na stopa czasem człowieka zabiorę i pogadam, że emeryturę ma małą i bida może w garnkach. DJ-em jestem jak tańczymy z Piotrkiem i muzyka na cały hajc. Tym poszukującym duchowości też jestem, pytań mam tysiące. Duszę buntownika z Woodstock'u też mam i buty ciężkie sobie znowu kupię, dżinsy poszarpię i agrafkę przypnę. Ot co.
Mam duszę z kawałków. Wszędzie bym chciała być i wszystko robić. A jak się tak człowiek przyjrzy to właśnie każdego dnia jest wszędzie i robi to swoje "wszystko". Wystarczy się przyjrzeć.

Wasza Z.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Co jest między dźwiękami, między słowami i o tym, dlaczego nie pracuję w RADIU...

Jak się gra na gitarze to wiadomo - szarpiesz struny, jest dźwięk. Jak uderzasz w klawisz pianina, jest dźwięk. Ale jak się tak przysłuchać to jak przesuwasz palce na gryfie z jednego ułożenia rąk w drugie...to tam się dopiero dźwiękowo dzieje...jest taki świst, ślizg jakby... Wiecie o czym mówię? Jest taka reklama w TV, ale nie wiem jakiego produktu, bo tam właśnie te palce się tak po gitarze ślizgają, a ja się zachwycam. Lubię brzmienie pojedynczych instrumentów - choć nie wszystkich. Wystarczy dołożyć wokal do pianina (Norah Jones, Birdy) albo do gitary (Turnau) i...jeszcze tylko moje wielkie słuchawki i mamy to. To samo chyba z pianinem, też zawsze coś tam jest pośredniego - tak myślę, bo nie gram. To samo z tekstem, ze słowami - zawsze jest coś, co może sobie czytający dołożyć, zinterpretować, przerobić na swoje, pod siebie. Nie wszystko jest przecież takie wprost. To dobrze i niedobrze.


Ja się zawsze kręciłam gdzieś między słowami. Studia językowe na dodatek wybrałam, bawiło mnie szperanie w słownikach i irytowało jednocześnie, że jedno słowo może mieć tyle znaczeń, że trzeba wybrać to właściwe, żeby oddać komuś to, co się chce akurat przekazać. Że człowiek tak musi lawirować między tymi znaczeniami. A dzisiaj to jakby psinco-warte. Każdy gada co chce i czasem byle jak. A ja nie chcę tak. I przykładam wagę do wyrazu, do przecinka, do zdania, do każdego ę i ą i ś. No zmień pierwszą literkę w wyrazie "zupa", a może okazać się, że na obiad zjadłeś coś zupełnie innego... 


O mocy słowa nauczał mnie kiedyś, między innymi, pewien dziennikarz z łódzkiego radia (nazywał się Warzecha). Taki pomysł mi wpadł do głowy (uwierzcie - jeden z miliona!) na pierwszym roku studiów anglistyki, że może ja się zajmę jeszcze dziennikarstwem. I ruszyłam, o kochani!!!, w cudowny świat prawdziwego warsztatu i odpowiedzialności za słowo w każdej formie - pisanej, mówionej, pokazywanej (TV - tutaj bez zachwytu). Pisałam recenzje wystaw, filmów, spektakli i to był mój żywioł, totalnie mój świat. Redaktor Fiedosiejew - stary wyga w zawodzie udowadniał, jak wielkie znaczenie ma dobór słów i jak bardzo można za ich pomocą wszystko spieprzyć. Uwielbiałam gościa. To on pierwszy napomknął, że tekst mi lekko wychodzi spod ręki. Dlaczego nie poszłam tą drogą? Do cholery, dlaczego? Mam swoje teksty z tamtych lat do dzisiaj, wiecie takie zamknięte w szufladzie, ale cieszą - pierwsze kroki, naprawdę dobre, solidna robota. Ja sobie jednak wtedy ubzdurałam, że może się na radio nastawię. A że zawsze byłam fanką, wiele słuchałam - wiedziałam, wtedy, że to będzie to. I tak się człowiek czasem uprze jak koza w błocie i lezie za innymi, bo swojego zdania na chwile obecną nie ma... I tak mnie sponiewierał ten Warzecha, jak odsłuchał mój pierwszy wywiad, taki ćwiczeniowy - nic wielkiego, ale ja się nagięłam żeby go zrobić...a tu taka dziennikarska klapa. Już go nie mam, na kasecie był - wyrzuciłam w czorta. I brnęłam dalej właśnie w tę specjalizację. Aż do momentu kiedy zorganizowano przesłuchania  - mikrofon, czytasz tekst, odsłuchujesz i...dowiadujesz się, że "nie masz warunków głosowych"!!!!!!!!!!! Bo coś tam syczy (w sensie s, z, c itd), że ogólnie za wysoki ton. Mój obrazek siebie przy mikrofonie w nocnych audycjach u boku np. Piotra Kaczkowskiego runął z niewyobrażalnym hukiem...


Potem były drobne praktyki, też jakoś opornie to szło, wiedziałam, że to już tylko ostatnie podrygi mojego radiowego szlaku. Tak - dzisiaj by mój głos podkręcono, nic by nie syczało, i brzmiałabym jak Czubówna...ale to już dzisiaj jest takie radio, dla którego ja akurat nie chciałabym pracować, a ja już idę inną drogą. I może trzeba było tych zakrętów, żeby jednak zwrócić się ku słowu pisanemu. Tak mnie jakoś naszło, bo ostatnio wyjęłam ten dyplom ukończenia z wypisaną specjalnością radiową. I aż się zaśmiałam w głos, nie bacząc na wysokie jego tony:):):):)
Wciąż pracuję w przeważającej mierze głosem i lubię go. Ale często wracam do słów starego Fiedosiejewa, że to nie można tak klepać byle czego, że słowo ma moc, a między słowami jest może i więcej ukryte, niż tyle, co zdoła się za ich pomocą wyrazić. Jak w tym ślizgu na gitarze kolejny dźwięk, tak między słowami jeszcze jedno słowo.


Pozdrawiam ciepło
Wasza Z.














niedziela, 1 stycznia 2017

Wczorajszy dzień trwa...i że warto czasem SIEDZIEĆ.

Czasem siadam na kanapie i siedzę. I jak by tak ktoś popatrzył, no to siedzi - nic nie robi. A to czasem taka kotłowanina w głowie, że trzeba to jakoś poukładać, coś poplanować albo pozamykać, czasem zapomnieć, bo nie warte rozkminiania. Czasem trzeba się trochę powzburzać, zakląć siarczyście pod nosem, co mi nawet  łatwo dość przychodzi. Albo muszę przemyśleć co do młodych ludzi z gimu powiedzieć w poniedziałek i jak ten angielski zaplanować, albo, że dziecko trzeba zaszczepić i do znajomych zadzwonić, bo dawno babskiego gadania nie było. A ktoś popatrzy - no siedzi. I ja teraz tak siedzę na tej kanapie, w radiowej Trójce (wciąż mam do niej słabość) Top Wszechczasów, a dźwięki szarpią moje najczulsze struny...Siedzi.


Taki czas podsumowań, wszyscy to teraz robią, facebook podsumuje w kilku zdjęciach, ktoś zaś w punktach, ktoś listę zadań wykonanych lub nie wrzuci, a to coś-tam-jeszcze.  Miałam tego nie robić, ale fajne rzeczy jakoś są ostatnio jakby bliżej mnie. Więc siedzę a podsumowania same się nasuwają. I ta cisza, oprócz tego radia. Wczorajszy dzień jakby się nie skończył. Trwa, z małą przerwą o 4.30 na krótki sen, a spotkania pokończone o 15tej. Ile tu się wczoraj przewinęło słów...uwielbiam. Myślę, jak to dobrze, że są ludzie którzy siadają z nami do stołu w taki dzień jak wczoraj. Że to właśnie wczoraj poznaliśmy naszego małego sąsiada, bo się już zbieraliśmy od października, a przecież ciągle coś. Że wystarczy pomysł, hasło, telefon do znajomych, a oni chcą taki wieczór spędzić z nami, a potem jeszcze siedzą i śniadanie jest wspólne i kawa...i tak do popołudnia, bo nikt się nie spieszy. I że poważniejszy funkcją człowiek zajrzy, pogada i normalny jest i że wszystko się zaczyna składać. I że jak mam rzucić już w cholerę ten blog, to nagle mówię, że jednak nie, a jeszcze innych zachęcam. Albo, że ciasto miałam zagnieść na tartę ze szpinakiem, bo goście za progiem, a jeszcze jedziemy do kościoła, a nigdy kościółkowi nie byliśmy. Albo, że słyszę tam nagle tekst piosenki, którą znam przecież od 20tu lat, śpiewałam ją wielokrotnie, a słyszę jakby pierwszy raz i ciary mam na plecach. Miażdżące - myślałam, że wyjdę, bo serducho się trzepocze, tak na raz trudno dźwignąć fakt, że to się wszystko może tak cholernie składać, że przypadków nie ma... Siedzę.


I ten dzień wczorajszy jakby płynie dalej, z wieczornymi śmiechami, rozmowami, dobrym jedzeniem, a przecież każdy już do swojego domu dawno wrócił. Zabawki poukładane, naczynia dawno suche. A mnie to wszystko cieszy na maks. Samochód nam się popsuł, będzie lipa z dojeżdżaniem i nagle się okazuje, że mam ludzi obok, do których mogę wykonać jeden telefon, a oni mnie po prostu podrzucą tu czy tam. Bez pieprzenia, że nie ma czasu, albo inne takie. Może to wszystko nie jest jeszcze takie do końca nieludzkie, w tych "naszych" czasach? Może nie wszyscy siedzą w ramkach swoich zawodów, funkcji, wyborów? Może w zasadzie wszystko dzieje się gdzieś poza nami, ale dla nas? Muszę od tego odsapnąć. I siedzę.


Czasem po prostu siedzę na kanapie. A to takie dzisiaj popularne, że mówią, że to się właśnie trzeba z niej ruszyć, że życie przeleci, że przez palce się przelewa, że lenistwo... Racja - lenie niech się ruszą. Ale wierzę, że trzeba czasem tak siadać, całym swoim ciężarem ciała i ducha opaść na kanapę, nawet z hukiem (byle nie zarwać:) i...zebrać myśli, może spisać, dzień ogarnąć. I ja tak siadam, a ktoś powie - nic nie robi...


Niech w tym kolejnym roku zawsze świeci słońce. Miejcie oko, bo to, co fajne czasem się jednak dzieje. Ahoj, kochani:)
Wasza Zylwijka
















piątek, 23 grudnia 2016

O kuchennym oknie i trochę o łzach...

Z okna naszej kuchni widać przestrzeń po horyzont. Wychodzi na wschód. Często wschodzące słońce sprawia, że szczęka mi opada, bo myślę jak światło potrafi malować przedziwne i przepiękne obrazy. Łapię je czasem w kadr, potem odkładam aparat, zapominam i tych zdjęciach, a potem...jak dziś, znowu oglądam je ze szczęką do ziemi. Uwielbiam - do granic możliwości. Czasem patrzę w to okno i myślę sobie, że mogłabym założyć byle czapkę i ciepłe rękawice i mogłabym tak biec, co tchu w ten horyzont...na wprost, przed siebie jak wariatka. I złapać to słońce, wsadzić w serducho, niech mi tam zawsze świeci i ogrzewa.



Ostatnio nie mogłam jakoś zebrać myśli, żeby tu stworzyć tekst, co by miał nogi...wstęp i zakończenie sensowne. Tyle się wydarzyło od ostatniego wpisu, tyle słów padło, tyle myśli się przewinęło, że nie sposób nawet tego poukładać. Tyle rozmów do podsumowania, poszukiwań niedokończonych, planów rozpoczętych do...planowania:):):) I teraz ten przedświąteczny czas. Obiecałam sobie, że nie będzie wariactwa, pośpiechu i przepychu na siłę. I żeby człowiek siadał umęczony po pachy rozbieganiem. Widzę z czasem, że te święta nabierają jakby innego wymiaru dla mnie samej, bardziej się zastanawiam nad sensem tego czasu, a cały blichtr, te świecidełka, co to się dawno opatrzyły umykają gdzieś na dalszy...solidnie dalszy plan. Cieszy mnie dom w tym rodzinnym sensie, że chłopaki są blisko, że ma się tę swoja kotwicę. I horyzont...do którego chciałoby się czasem biec z niewyobrażalna siłą w nogach...



Kiedy byłam dzieckiem święta spędzaliśmy całą rodziną u dziadków na wsi. Do dziś pamiętam zapach choinki i wypastowanych podłóg, zupy grzybowej i migdałowego aromatu makiełek. Tak się zawsze cieszyliśmy na te spotkanie przy stole. Ale wraz z pierwszymi słowami modlitwy babcia zakrywała twarz i płakała, co dla mnie było widokiem conajmniej budzącym niepokój. Za chwilę wszystko wracało do normalności, uśmiechu, rozmów przy stole, ale ten jeden moment pozostawął niezrozumiały. Zawsze o tym myślę. A przecież wiem już, że stół wigilijny naprawdę jest czymś wzruszającym, też mi się nieraz broda trzęsie, ale nie chcę żeby syn kojarzył mnie w tak, radosnej przecież chwili, ze smutkiem. Może się i łezka pokula czasem, jak nikt nie patrzy, ale nie chcę malucha zasmucać. Sam kiedyś zrozumie.



Ostatnio jakby więcej mnie może na Instagramie, wrzucam czasem chwile złapane w telefoniczny kadr. I tak przeglądam te wszystkie świąteczne inspiracje i głowa mi pęka od pomysłów, przepisów, dekoracji i czego-tam-jeszcze-nie. Wszystko takie idealne, ciastka równo wykrojone, herbaty z pomarańczami, markowe ozdoby na drzewku, a przecież i może w niejednym z tych domów ktoś się popłacze siadając do wigilijnej kolacji. Bo ktoś z najbliższych daleko, nie przyjechał na święta, albo może kto znajomy akurat w szpitalu, albo dziecko chore, albo wie, że maluch się zasmuci, bo upominek w tym roku skromniejszy...Może. I po co wtedy te idealne dekoracje, jak coś ducha zasmuca...Ważne, żeby być jakoś bliżej siebie. Może.



Już jutro nadejdzie radość. I taka ludzka, bo czekam na spotkanie, na uśmiech syna, jak rozrywa papier, w który owinięta czeka niespodzianka, i ta duchowa, bo oto idzie nowe, nieznane...I na kolędy głośno śpiewane, i na karpia, bo zawsze kupuję go dużo... i na spokój, na tę wiarę, że będzie dobrze...
Potrawy prawie gotowe, czekają tylko na drobne dokończenie, pachnie sernikiem i grzybową. Chcę żeby moje dziecko niosło zapachy wraz ze wspomnieniem świąt, żeby to był dla niego czas spędzony naprawdę w wielkiej rodzinnej bliskości, a nie w przerwie między telefonem, a komputerem. Chcę, żeby kojarzył je zawsze z wielką radością i miłością. I z wielkim dzieleniem się...od symbolicznego opłatka po całe serducho pełne bezgranicznego kochania...:) Czego i Wam, wszystkim moim podczytywaczom, życzę na te święta i cały nadchodzący rok. Kochani, trzymajcie się. Do rychłego usłyszenia. 
Wasza Zylwijka




piątek, 11 listopada 2016

Jak żyć jesienią, czyli moje długo-wieczorne plany:)

Zacznę od tego, że wybory wygrał Trump:):):):) Ot, taki żarcik na początek:) Absolutnie WSZYSTKIE media obecnie się na tym skupiają, nosz kurcze!, gdzie ucha nie przytkniesz, gdzie oko nie zajrzy - Donald Te. I jadą z pożywką ile wlezie. Ale bynajmniej nie o Donaldim tu dziś przeczytacie.


Moje ulubione, za-okienne widoki z kuchni:) No uwielbiam wprost. Wszystkie zamieszczone tu dzisiaj zdjęcia zostały zrobione pod koniec października i jak patrzę teraz za okno to już golizną wieje. Czy to dobry czas? Mówią listopad - pozwól, by stare liście opadły, nie tylko w sensie dosłownego listowia, ale wszelakie sprawy lżejsze i cięższe czas zamknąć, niech opadnie co tam komu ciąży:):):) A te długie wieczory można fajowsko zagospodarować, ile to można uporządkować, poczytać, powymiatać, podzwonić, popichcić...do woli!!!! I takie są te moje jesienne plany.

KSIĄŻKI

Ile ja mam zawsze zaległości w czytaniu, a przecież wciąż to robię, czytam cały czas, calusieńki!!! A moja lista z kategorii MUST READ wciąż się poszerza. Narazie mam kilka pozycji w głowie, ale muszę zacząć to wszystko zapisywać bo umknie, umknie jak nic. A zaraz poczłapię jeszcze do ulubionego miejsca z prasą i tam już świąteczny zawrót głowy...inspiracji pod sam sufit. Już zacieram łapki. Ps: ze świątecznych akcesoriów już drapnęłam pięknie ledowe lampki (KiK) i czekam na przesyłkę ze świątecznymi poszewkami. Jakie? Zajrzyj Do Lucy.

PORZĄDKI

Ale takie szafowe, porządne. Moją garderobę przeglądam mniej więcej dwa razy do roku. Te rzeczy, których nie założyłam powiedzmy w ostatnim roku oddaję do pobliskiego punktu, w którym przekazują ubrania w odpowiednie miejsca. Zawsze mam z tego frajdę po pachy. Ja zyskuję przestrzeń, a ktoś fajny ciuch. To samo można zrobić z zabawkami, czy rzeczami po dziecku. Ale czeka mnie jeszcze porządek w takiej szafce, gdzie są pościele (już niezbyt design'erskie:), jakies old-school'owe firanki i inne tego typu nagromadzone rzeczy. Może jutro?

PRZEPISY

Oj, tu jest hardcore'owo. Mam stosik takich przepisów, co to latają na kartkach, jak tylko otworzę swoje zbiory z przepisami na pyszności. Wiecie, takie na szybciora pisane, bo ktoś dyktuje, trzeba szybko gdzieś zapisać - to na świstkach. A potem leżą tak latami. I ja sobie właśnie postanowiłam to uporządkować - czyli wpisać w zeszyt. Już trochę popchnęłam ale horyzont jeszcze daleko w tej materii. O, nawet obok mi tu leżą te kartki ostatnie i tak zerkają, kiedy to je wpiszę w swój przepisowy zeszycik z wiatrakiem na okładce. Ech.

LISTA PREZENTÓW 

I inne, różniste LISTY - czegoś do zrobienia, kupienia, załatwienia, przemyślenia. Świat nasz domowy listą stoi!!! Nasz syn urodził się pod koniec listopada toteż czeka nas za chwilę kinder bal na całego, z wszystkimi jego ukochanymi kolegami i koleżankami. Myślimy intensywnie i jakimś prezenciku (tak, wiem do tego lista nie jest potrzebna), ale zaraz potem przychodzi ten, co to nam co roku włazi przez komin do kominkowego pokoju, ciastka pożera, mleko wychlipie i nabrudzi mąką tak, że hej....i On (ten osobnik w wielkim brzuchem) też musi przyjść z czymś pod pachą. Trudno nie wspomnieć, że w dwa tygodnie od wizyty Świętego, zaczną się poszukiwania  pod-choinkowych skarbów, a przecież jest jeszcze kilka osób do obdzielenia - NO LISTA MUSI BYĆ!!! Ambitnie podchodzę do sprawy i wzorem roku ubiegłego chcę absolutnie wszystko załatwić wcześniej. Ile to oszczędza nerwów. A jeszcze żeby było lżej nastawiam się raczej na zakupowe podboje przez internet.






SYLWIA, USZYJ TO WRESZCIE

No właśnie. Kupiłam kiedyś w Ikei firany - kawał cały 13 m bieżących z planem na cztery okna. Nie bawię się raczej w wymyślne kombinacje bom niecierpliwa raczej, ale już tunel na karnisz to już bym mogła w nich zrobić. Zrobię, jak tylko moja maszyna przestanie z dziką radością rwać nitkę i łamać igły. Bierz smołę gotuj - zwariowała maszyna i nie da się ustawić. Ale obiecuję, że doprowadzę ją do porządku i zrobię te firany. Tak - to jest wstyd.

OCIEPLAM KLIMAT

Ja jestem na maksa ciepłolubna. Girki mi marzną jak już trochę tylko chłodniej. Skarpety mam takie grubaśne - lubię jak diabli. Dodatkowo w sezonie jesiennym ruszam z hurtowym wykorzystywaniem świec, podgrzewaczy, lampionów i innych takich. Jakoś tak cieplej się robi i na serduchu radośniej. Bardzo często odpalam też kominek (ten duży też) na oleje zapachowe. Korzystam z naturalnych, bardzo lubię lawendowy, ale o takiej porze, gdzie katary szaleją i gardło drapie wkraplam na kominek olejek przeznaczony w zasadzie do robienia inhalacji i parówek. Świetnie odtyka nos, nie drażni i jakoś tak odświeża powietrze w domu, suche jak diabli bo kaloryfery pracują pełną parą. Tylko pamiętajcie, że najpierw woda na ten kominek a potem kropelki bo jak to się wszystko przypali...czarno to widzę:):):):):)

CO BĘDZIEMY ROBIĆ WIOSNĄ

Tak, jesień w pełni, a ja o wiośnie? Ja już sobie planuję, albo cisnę męża żeby planował, rysował, mierzył itp. Jak tylko wiosna wystawi łepek to ruszamy od razu. I tak czeka domek na drzewie dla Pitka, wiatrołap nad wejściem do domu, altanka i tunel z kilku pergol. To tak ze spraw "pilnych". Przeglądam blogi, czasopisma wnętrzarskie i ogrodnicze i co ciekawsze zapisuję albo solidnie zapamiętuję. Jesień to świetny czas na takie planowanie. Nie ma nudy w tej kwestii.




ACH, TE ZDJĘCIA

Mojemu ukochanemu zazdroszczę...porządku na komputerze. Jezu - jak można tak wszystko mieć poukładane, posegregowane, opisane, no jak? Ja cierpię katusze z mojego roztrzepania komputerowego. I tak też cierpią moje zdjęcia. I tak tej jesieni postanowiłam, że może (ale podkreślam - może) by się za nie zabrać, jakoś to podzielić, może część zgrać, opisać, w katalogi upchnąć odpowiednie, ale powiem Wam, że ręki nie dam za to uciąć...ja już chyba szybciej te firany zrobię...Ale kto wie, no bądźmy dobrej myśli. Jak się do tego zabrać, ktoś podpowie?

PICHCIĆ I TO ZJADAĆ

Z moimi chłopakami. O efektach później.

KALENDARZ ADWENTOWY

Robicie? W moim rodzinnym domu nigdy nie było takiej tradycji, przechwyciłam od niedawna ze względu na Pitka. W zeszłym roku zrobiliśmy pierwszy raz. Nie pytajcie jaka frajda!!!!!!!!!!! Przeglądam różne inspiracje, coś tam ukochanemu podsunęłam i już dziś konstrukcje do niego zrobił. Teraz będziemy myśleć nad niespodzianką dla nas wszystkich na każdy dzień od 1-go grudnia aż do wigilii. Codziennie coś innego, wszyscy mamy świetną zabawę. Polecam, jak nasz będzie gotowy to pokażę:)




Poza wymienionymi planami jesiennymi, czyli czym się zająć w ponury czas dbam oczywiście o swoje dobre samopoczucie:) Rower (stacjonarny bo zimno), joga, odpowiednie witaminy, pyszna herbata z cytryną i cukrem różanym...do tego ulubione dźwięki i nawet jesień da się przetrwać z uśmiechem, czego serdecznie Wam życzę:):):):) Macham do Was łapką i pozdrawiam ciepło:)
Wasza Zylwijka