piątek, 22 stycznia 2021

Domy samotne.

Bywam czasem w różnych domach. Wiele już ich widziałam, obejrzałam, dech czasem zapiera - takie piękne. Wciąż to dla mojej głowy za dużo żeby pojąć jak nieskończona jest architektura i myśl, która pozwala dom nakreślić, zbudować, urządzić. Często o tym dyskutujemy z P. i ja wtedy mówię, że jak to jest, że to się tak da policzyć, obliczyć ciężar, wznieść schronienie dla siebie i rodziny. Z materiałów wszelakich. A On się tylko uśmiecha pod nosem i mówi: no widzisz, kochana, da się. Albo wyremontować, dźwignąć murowanego starca i tchnąć jeszcze ten życiowy tętent w walące się, dziurawe często ściany. Niezwykle mnie tacy ludzie inspirują, a ich upór często mnie zawstydza bo może już bym to rzuciła w cholerę. No taki charakter.

Jedziemy nieraz przez kraj i widzę takie domy, w których od bardzo dawna nikt już nie mieszka. Drzewo wyrasta w środku, o oknach powiedzieć, że nieszczelne to stanowczo za mało. Albo nieraz dachu już pół nie ma. Myślę wtedy co ten dom pamięta, jakie rozmowy już słyszał i czy tęskni za dziecięcym śmiechem hulającym od piwnicy po strych. Czy tu szewc mieszkał, czy może artysta? Jakim obiadem pachniało codziennie? Ile tam może ślubów, albo pogrzebów się odbyło i o tym, że już ten dom nie jest nikomu potrzebny. Trochę jak dzisiaj z człowiekiem jak się już tak fest pomarszczy. Sady tam są często dookoła, wielkie wierzby też może czasem i w polu dom samotny. Ale owoców w sadzie już nikt nie zbiera - czasem młodziki z pobliskiej szkoły może na jabłka przylecą, ale to tyle. A kiedyś to koszami nosili, potem to wszystko do słoików, albo jabłecznik pachniał, a z resztek wino można było nastawić. I potem wszystkim smakowało. Dzisiaj gąsior potłuczony jeszcze w piwnicy może tam stoi, skrzynka ze starymi zdjęciami - ale bo to tam co na nich widać jeszcze? Na pewno część z nich to domy nieszczęśliwe, takie ze smutnym losem. Wojna może dom opustoszyła bo tylko w obrus zawinęli co było i w drogę. Potem już nikt nie wrócił. Albo wyjechali do miasta, nikt z dziadkami nie chciał zostać i tak pomarli. Jak to między ludźmi - każdy inny los i ścieżkę ma. Potem domu ze stodołą nikt nie kupił bo w papierach nieporządek, nie wiadomo czyje grunty i tak się powoli domy pochylają zgarbione. 

Są tacy co potrafią jeszcze to wszystko postawić na nogi, bo się zachwycą, że cegła wypalana - panie, najlepsza! Albo, że piec kaflowy ciągle do odratowania, a więźba się ostatecznie okazuje wciąż dość solidna. I potem jest ten piękny pot i łzy, rękawy w koszuli wysoko podwinięte, bułka z kiełbasą w przerwie roboty, jest chęć i plany ale i nerwy i kłótnie bo czasem to już każdy ma dość tego remontowania. Piękny to czas. Dłubie się, poprawia, skleja i wierci. Rozbudowuje i poszerza. Piec zaczyna grzać, znowu pralka tam pierze a na podwórzu sznury żeby schło na wietrze. Potem wchodzisz i życie nowe tam dudni pod sam dach, tych dzieci znowu może pełno - tych, które mieszkają i tych od sąsiadów. Ciągle ktoś podjeżdża na kawę albo na to wino z jabłek z sadu, bo owoce znowu ktoś zbiera i w słoje upycha. Jabłecznik się piecze i ognisko w wakacje się pali. Spotykam domy, którym się tak poszczęściło. Ciarki ma wtedy na plecach i oczy mi się szklą.

Inne domy - te samotne - już zostaną gdzieś tam puste. Może wyburzyć warto, ale już wraz z tym wszystko dotychczasowe zniknie bezpowrotnie. Po latach nikt już nie wie kto mieszkał, kto tam kochał i czy kot na piecu siadał. Czy tam do piekarnika wkładał ktoś chleb - bochny cudowne? To domy, na które już machnie się tylko ręką - domy z pękniętą duszą bo nikt już nie chce sklejać. Nieraz jest ich więcej - kilka siedlisk w kupie, a nieraz samiusieńkie pod lasem stoją i chylą się tak, że nikt już na nie siły nie znajduje. Pamiętam taki dom, w środku lasu i byłam tam niedawno, ale nic już z tego domu nie zostało. A tam przecież życie się toczyło, na zakupy ktoś jechał, do lekarza może z dzieckiem, a teraz tylko las tam szumi najmocniej. A może to i lepiej, że już ta samotność pustego domu przerwana. Myślę, że stawała się, wraz z upływającymi latami, solidnie nie do zniesienia. I przygniotła.


Wasza Zylwijka







piątek, 1 stycznia 2021

Szadź.

Wczoraj była taka mgła, że nic z tych kolorowych fajerwerków o północy nie było jakoś widać. Tylko huk - też stłumiony obowiązującymi obostrzeniami i radość w pobliskich domach. No taki czas. Za to dzisiaj to wszystko opadło i zmroziło. Wszystko, co ciężkie opadło, a wraz ze strzelającymi korkami od szampanów opadły, z wielkim - mam wrażenie - wydechem, emocje roku ustępującego. Witamy dzisiaj w nowej rzeczywistości. Może.

Pamiętam takie zimy, że w Nowy Rok nie dało się przejechać. Czapy śniegu na drzewach tak wielkie, że nie chciałeś człowieku, żeby ktoś Ci to strząsnął na głowę. Te kożuchy z kołnierzami, czapki z lisa czy nie wiem z czego - w każdym razie futrzaste... I nosy czerwone od mrozu. Piękny czas. Las pachniał inaczej, pod butem skrzypiało. Dzisiaj tylko data w kalendarzu wskazuje niepewnie, że to zima. Autobus dojechał albo nie - zawsze było wesoło. Jak jechał to zza lasu było widać, że czas się ubierać i się zdąży na przystanek spokojnie dojść. Mam w pamięci różne domy, wiem jak pachniało tam świętami, ruchem ludzi, suszonymi owocami. Nic już dziś z tych domostw nie ma. Ludzie poumierali, życie jest inne. Ale ta szadź dzisiaj przypomniała, że wciąż może być pięknie, że bywa bajkowo. Dla oka.





W tym kolejnym roku nieustannie kręcącego się życia życzę Wam żeby zawsze pomyślnie wiało w Wasze żagle, życzę mądrych i i inspirujących ludzi dookoła, takich, którym się chce, którzy szukają, motywując tym samym kolejnych do życia pełną parą. Oni są - to pewne.
Z ciepłymi, noworocznymi pozdrowieniami
Wasza Zylwijka





niedziela, 20 grudnia 2020

Pięknie jest zaczynać od nowa...

Skończyłam książkę "Dal. Listy z Afryki Minionej" Marcina Kydryńskiego. Wracam do niej na chwilę krótką, mniej więcej co jakiś czas. Ot, leży jeszcze nie odłożona na półkę i sięgam po nią. Jest tam w epilogu pewna społecznie kusząca mnie - co jakiś czas - perspektywa:

"Prawdę mówiąc, zależy mi na zniknięciu. To zdaje się łatwe. Nie napiszę bloga. Nie zbliżę się do Instagrama. Nie zajrzę na Facebooka. Nie zaistnieję w oczach innych codziennie od nowa. Nigdy tego zresztą nie robiłem. Niewielu to potrafi. Ja, mocno w to wierzę, będę mistrzem znikania. Wirtuozem samotności. Posunę się jeszcze dalej: będę najwyższym, kapłanem milczenia. Wiem, że umiem jak chyba nikt inny...".

"Świat  mnie wyprzedził, a ja nie chcę nadążać. Nie ma we mnie zgody na terror wiecznej dostępności i niedyskrecji. Nie ma genu lansu. Obowiązujący dziś styl życia budzi moje zakłopotanie. Nie rozumiem potrzeby wypowiadania się przy każdej okazji na każdy temat. Nie znam tęsknoty za konfrontacją. Jest we mnie jedynie pragnienie kontemplacji. I wycofanie".

Jak dotarłam do tego miejsca w książce to pomyślałam: to o mnie. Poganiam się i karcę nieustająco za coś, a ten fragment jakoś postawił mnie na nogi, że to może być przyjazna perspektywa, widać nie tylko dla mnie. Że człowiek czasem marzy tylko o tym, żeby się odciąć od wszystkiego dookoła, osiąść gdzieś, uporządkować głowę. Skupić się, a świat agresywnie nie pozwala. Od jazgotu, który daje po zmysłach, potem po myślach, emocjach i nie wystarczy już, że zatkasz uszy. To już jest za mało. Dzięki temu, że świat musiał przez ostatni rok solidnie wyhamować we wszystkich aspektach, zaczynam przyglądać się bardziej sobie, myśleć nieco więcej o sobie (nie mylić z "czubkiem własnego nosa"), o moim miejscu w przestrzeni świata: domowego, przyrodniczego, zawodowego, twórczego, społecznego, duchowego, politycznego, w relacjach z innymi, czego chcę, a czego na pewno nie. I te klocki układam na nowo. To pisanie tu zawiesiłam na bardzo długi czas. Uznałam, że w świecie, w którym każdy wypowiada się na absolutnie każdy temat nie mam Wam, szanowni czytelnicy i goście, już nic sensownego do powiedzenia, do przekazania i pokazania, że nie ma w tym już prawdy, że są często tylko smutne w konsekwencjach niedopowiedzenia. Że człowiek już nie chce nic dokładać, że to byłby ten kamyczek za dużo, za daleko. Że coś się wypaliło, a ja już nie chcę tego na siłę podsycać. W przerażająco wielu sytuacjach zamknęłam buzię, ale to nie znaczy, że moje myślenie się wyłączyło. Przy społecznych zadymach, jakie funduje nam co jakiś czas krajowe życie polityczne nie zabieram hałaśliwie skrzeczącego głosu, co nie oznacza, że nie mam zdania, że nie pytam innych, mądrzejszych ode mnie. Nie widzę jednak potrzeby i nie chcę, żeby ktoś identyfikował i definiował mnie przez pryzmat kliknięć na Facebooku, o wartościowaniu nie wspominając. Swojego życia codziennie szukam i zaczynam od nowa...

Kończy się rok, robię bilans zysków i strat. I wciąż mnie trzyma to, że po stronie zysków jest, mimo wszystko, przewaga choć kilka strat też się za mną wlecze. Strata czasu jest tą największą, co mnie namacalnie przeraża, bo ja wciąż mam chęć łapać ten życiowy oddech pełnią piersią, smakować życie tylko dlatego, że ono jest. Latem gościliśmy u siebie człowieka, kawę razem piliśmy i czas nam zbyt szybko minął na rozmowach, a dzisiaj On przebywa w hospicjum. Jakie można mieć jeszcze pytania czy pretensje do życia w kontekście właśnie takiej sytuacji? Po co tracić czas na puste dyskusje w ekranie srajfona i wzniecanie kurzu zamiast życia naprawdę? Każdy może żyć dzisiaj jak chce, to piękna, niebywała szansa. Czy naprawdę cały świat musi wiedzieć i oceniać, że się wybrało Bieszczady na tegoroczne wakacje zamiast Turcji? Po nic mi to.

Wracam bardzo nieśmiało do pisania tutaj. To jakby na nowo zaczynać, ale to pisanie - zauważam - jest potrzebne głównie mnie. Kilka tekstów powstało w międzyczasie, ale nie ma ich w żadnej formie cyfrowej. Są w notatniku, gdzieś w jakichś zapiskach. Ale czuję, że czasem przelanie tego tutaj, nawet jeśli nikt się nad tym na dłużej nie pochyli, wciąż mnie pociąga i w efekcie przynosi pewien, mało zdefiniowany, rodzaj ulgi.  Nie mogę tym razem z tego nie skorzystać. A jeśli znów na jakiś czas moje pisanie się wyciszy znaczyć to będzie, że perspektywa Kydryńskiego znów okazała się dla mnie solidnie atrakcyjna.

Z ciepłymi pozdrowieniami

Wasza Zylwijka










niedziela, 28 czerwca 2020

Taki to czas.

Jest niedziela, ósma rano. Głos oddany z chwilą otwarcia lokalu wyborczego i dzień leci, wolniej jakby. To też pierwszy weekend wakacyjny po bojach szkolno-koronawirusowych. Dobrnęliśmy, dotrwaliśmy - wszyscy. Mam wiele refleksji, jeszcze więcej pytań o...sens instytucji wszelakich, sens narzucanych trybów pracy, sens szkół w ich dotychczasowej formie. Gdzie jest tam moje miejsce i czy w ogóle jest. Bez zbędnej kokieterii powiem, że ja się w zdalnej formie pracy odnalazłam. Poukładałam, zorganizowałam. Lubię te wszystkie komputerowe grzebania, łączenia, klikania. Ale lubię też ludzi, ich towarzystwo, ten życiowy hałas, który sprawia, że czujesz, że to się wszystko napędza, rośnie, rozwija - lubię jak świat brzmi, jak to życie się pompuje. I chociaż teraz funkcjonuję w pewnym wycofaniu (pod postacią wieloraką i na wielu płaszczyznach) to wierzę, że to się jakoś poukłada, że znowu chętniej wypiję kawę w towarzystwie niż ze sobą samą. Ale to pewnie za jakiś czas dopiero. Na czas wolny wybieram plenery, rozrywkę na zewnątrz - jeździmy, zwiedzamy, oglądamy, a potem o tym dyskutujemy. Lubię ten czas.


Czytam dużo i dużo się ruszam. Nie ma bowiem lepszej odskoczni od analizowania i tworzenia  scenariuszy (jestem w tym naprawdę dobra) niż zająć się prostymi dla mózgu formami aktywności. Jednostajne pedałowanie na rowerze, czyszczenie rabat w ogrodzie są doskonałe - medytacja przez usuwanie chwastów, albo równy marsz w rytmie muzyki w słuchawkach. I idziesz. Potem książka i można cudownie skończyć dzień. Jesteś na chwilę w innym życiu, z innymi ludźmi, inaczej pachnie powietrze po deszczu, inaczej świat nas jakoś kołysze. Teraz czytam "Dal. Listy z Afryki minionej" Marcina Kydryńskiego. Absolutnie mój typ narracji, prawdziwy, jak dla mnie, kunszt w wyrażaniu myśli i emocji. Mój świat, moja estetyka, mój rodzaj wrażliwości i tego charakterystycznego w pewnym sensie...smutku. Nostalgia za tym, co już było, minęło, nie wróci już. To o mnie. I o tym, że można to coś lub kogoś na chwilę jednak zatrzymać. Polecam Wam tę książkę - przepiękne zdjęcia Afryki, tamtejszych dawnych czasów, osób i wydarzeń. O takim zatrzymaniu też myślę ostatnio w kontekście rodziny, jej przeszłości i zdarzeń. Pracujemy z kuzynką nad naszymi powiązaniami rodzinnymi, odkrywamy stare dzieje, szperamy po ludziach i po dokumentach. To jak wsiąść do pociągu na stacje, które już minęliśmy w naszej podróży, jakby przestawić tory i jechać z powrotem, pod prąd tylko ludzie już inni tym pociągiem jadą, inne przedziały pozajmowane. I tak jedziemy od dwóch miesięcy. Magda (ta kuzynka) buduje teraz blog i zbiera wszystko w jedną całość. Możecie poczytać więcej TUTAJ. W zasadzie historia się dopiero rozkręca, ale pomysł na zebranie wszystkiego w jedno miejsce, uporządkowanie chronologiczne wydaje się tutaj jedyną formą zachowania dat, miejsc, powiązań rodzinnych i domniemanych, jedyną formą przetrwania tego, co już tylko wydaje się być wspomnieniem. Zapewniam, że odkrywanie swojego pochodzenia jest istotne nie tylko ze względu na naszą tożsamość, ale pomaga też poznać całe gro okoliczności, zdarzeń, relacji i decyzji, z których też się przecież my - późniejsze pokolenia - składamy. Jesteśmy tylko wypadkową tego, co ktoś kiedyś zadecydował, pomyślał, zrobił i tego jak żył. 
Nazwisk ich dzisiaj już się nie pamięta,
Ale ich ręce były rzeczywiste,
Spinki, mankiety nad blatem stolika.
Czesław Miłosz, Traktat poetycki, 1957


I tak własnie chcemy - żeby coś trwało, zanim bezpowrotnie...minie.
Z niedzielnymi pozdrowieniami
Zylwijka












wtorek, 9 czerwca 2020

Łapiesz to? - w domu.

O łapaniu wody deszczowej  było ostatnio i dzisiaj druga część w cyklu My robimy to tak…Tym razem o wodzie w domu. Obejrzałam film o profesorze Szymonie Malinowskim „Można Panikować”. Stanęłam jak wryta. Opowiada on oczywiście głównie o środowisku i jego wyniszczeniu w kontekście zmian klimatycznych, ale to też piękny obraz człowieka osadzonego w pewnej, uwierającej go rzeczywistości. Nie godzi się na nią i woła do świata. Może się wypowiedzieć, bo się zna. Prowadzi badania i wszystko jest z nauki, z liczb, danych. Niektórzy mówią, że film jest zbyt sentymentalny, że osobisty. A mnie przez to wzruszył do szpiku kości. Obejrzałam dwa razy, a potem podyskutowałam z ukochanym jeszcze i wszystko jasne: są ludzie, którym zależy naprawdę. Robią coś i szukają w tym prawdziwego sensu,  a nie sensacji. Że czasem trudno im ten sens znaleźć to inny aspekt dyskusji, ale są – robią, pracują, dobrze spełniają swoje zadanie. Nawet za cenę braku sensu i pustki swojej pracy.
Profesor mówi o środowisku, o jego upadku, degradacji, braku naszego szacunku do zasobów, do przyrody, że wyciskamy ile się da, byle dla nas było dobrze. Straszne. Ciarki mam na plecach, ale tak właśnie jest. Myślę ostatnio dużo – za dużo. Analizuję wszystko i we wszystkie strony, ucinam niektóre gałęzie, niektóre chcę mocno rozwinąć. Ale na razie jestem jednak trochę w zamknięciu… 
I wiele mi to zamknięcie umożliwia – czasem ręce załamuję, a czasem kleję wszystko od nowa. Nie wiem czy we wszystkim co dotychczas wciąż chce mi się uczestniczyć, czy muszę być właśnie tam, gdzie byłam do tej pory. Od wielu spraw, zjawisk muszę się odwrócić, przynajmniej na jakiś czas. Doceniam za to bardziej, mniej chcę. To kwestia wyboru.




No ale miało być dzisiaj o wodzie. Naprawdę można wiele zrobić. Wspomniałam ostatnio, że nie musimy przecież wchodzić na barykady, wrzeszczeć i wytykać palcem, wystarczą drobne kroczki, tylko czy chcemy to robić? Profesor mówi: „Nikt nie chce tego słuchać”. Podlinkowałam film na Facebooku i, jeśli może to być jakiś wyznacznik – niewielu go faktycznie obejrzało, podlajkowało. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – to nie lajki wyznaczają mi, co jest wartościowe, a co nie, ale czasem filmik z roztarganymi majtkami w tle zgarnia więcej wyświetleń. A to przecież tylko potargane gacie…
No więc te małe kroczki w łapaniu wody w domu. Nasza trójka zasad:
  • zakręcamy
I to na fest. Gdzie i kiedy się tylko da zakręcamy wodę jeśli nie jest potrzebna. Niestety, moja wyobraźnia w czasie urządzania kuchni w domu nie przewidziała, że kiedyś jednak zechcę mieć zmywarkę. Nie mam - myjemy ręcznie i da się również przy tym wodę solidnie zakręcać. Opłukuję naczynia (brudne) – zakręcam. Potem myję je gąbką z płynem do mycia naczyń.  Odkręcam wodę, opłukuję – zakręcam. Serio – potrafię zużyć przy tym naprawdę mało wody.
Pod prysznicem też się da. Woda nie musi cały czas lecieć np. wtedy, kiedy lejemy szampon na głowę i spieniamy swoje afro - można ją wtedy zakręcić, zrobić co trzeba i odkręcić celem spłukania wyprodukowanych baniek szamponowo-mydlanych. I tyle.
Acha, przy szczotkowaniu zębów też zakręcamy.  Szczotka w ruchu – woda zakręcona. Mamy krany typu tap, więc to nas kosztuje jeden ruch. Trochę myślenia jedynie. Nie jesteśmy znowu aż tak wzorcowo idealnie wodo-zakręcalni, bo muszę Wam powiedzieć, że najmłodsze pokolenie ma z tym jeszcze drobny kłopot, ale radzi sobie coraz lepiej, zwłaszcza jak ulubiona Pani w szkole napomknie coś o ochronie środowiska. Oj jak nasz Pitek wtedy chroni przyrodę, nawet tam, gdzie ona z pewnością poradzi sobie sama (przyroda, nie Pani).
  • łapiemy
Tak się składa, że łazienka, z której częściej korzystamy (prysznic) znajduje się jakby po drugiej stronie domu względem zbiornika z ciepła wodą w kotłowni. I w praktyce wygląda to tak, że zanim zacznie lecieć w prysznicu/umywalce ciepła woda to każdorazowo zlatuje jej jakieś…4 litry. Ucieka po prostu bezużytecznie, prosto do naszej biologicznej oczyszczalni ścieków. I ja zastosowałam patent (nie mój, też ktoś mi go zasugerował) i łapię to wodę za każdym razem do niewielkiej miski, która i tak w tej łazience stoi.  Potem tą wodę wykorzystuję np. do podlewania kwiatów w domu, do opłukania prysznica lub umywalki po ich wymyciu, do podlania kwiatów na tarasie lub w ogrodzie. Normalnie ta woda by tylko przeleciała ze słuchawki prysznica/kranu do odpływu, a tak to się przydaje do tzw. celów gospodarczych. I mnie to cieszy bo na marnotrawstwo się buntuję.
  • myślimy
I to chyba najważniejszy punkt. Żeby mieć pewną świadomość zużywania – nie tylko wody ale i innych rzeczy, do których się przyzwyczailiśmy, że są - woda, ciepło itd. Nie chcę tu jakoś moralizatorsko pojeżdżać, internet aż kipi od sposobów, jak pomóc przyrodzie. Bardzo daleko mi do osób, które naprawdę dbają o swoje domowe/lokalne środowisko, ale myślę, że…kropla drąży skałę. Te małe kroki pomnożone przez ileś osób dają już jakąś liczbę, a głównie liczby do nas przemawiają, udowadniają nam coś. Osoba, która poleciła patent z miską w łazience mówi, że przełożyło się to u niej zwyczajnie na kasę. Misja-miska pozwoliła na nadpłatę w rocznym rozliczeniu rachunku za wodę w wysokości 200 zł. No a to już się w kieszeni odczuje.





Nie popadamy z tą wodą oczywiście w jakieś skrajności, żeby była jasność – my się normalnie myjemy, pierzemy, gotujemy i pijemy wodę (też z kranu – przestaliśmy kupować wodę butelkowaną w zeszłym roku latem, mamy dzbanek z filtrem. Nic się nam nie dzieje od tej kranówki - nie mamy dżdżownic w jelitach, biegunek ani nam twarze od tego nie zzieleniały). Słowem – działamy normalnie tylko ostrożniej z zasobami, które mogą nam się po prostu skończyć. Już teraz mówią o reglamentowaniu wody latem, jak susza da nam popalić. To dziwne prawda? Może się skończyć coś, co zawsze było.

Zostawiam zwiastun do filmu "Można Panikować"TUTAJ.

Z pozdrowieniami
Wasza Zylwijka i jej wodne bul-bul-bul…



środa, 13 maja 2020

Łapiesz to? Na zewnątrz.


To pierwsza część z cyklu My robimy to tak. Nie byłam nigdy jakoś bardzo ekologicznie zaangażowana – owszem drobna segregacja, zbiórka korków, sadzenie drzewek. Zawsze na tak. Nigdy jakoś tak żeby się do drzewa przykuwać łańcuchem czy coś podobnego… I dalej aż takiego zaciętego zapału nie mam, ale dzisiaj mocno mnie tematy ochrony środowiska interesują. Nie na jakąś wielką skalę, wielkie akcje – raczej co ja mogę swoimi drobnymi kroczkami zrobić. I robię. Potem opowiadam o tym młodszym. W szkole coraz częściej źródła do nauki języków obcych zahaczają o tematy ekologii, sugerują dobre rozwiązania, ganią za nieprawidłowe postawy środowiskowe i mi się to podoba. Od małego miasteczka do mojej miejscowości prowadzi ulica, prosta droga i – uwierzcie – jest zasyfiona na fest. Lepszego słowa tutaj nie znajdę. Po obu stronach jezdni leżą butelki, opony (ostatnio – komplet, bo po co jedną wywalić, lepiej od razu dwie), leżą worki po substancjach niewiadomego mi pochodzenia, plastikowe odpady po konsumpcji w wielkich sieciach żywieniowych z zabawką w tle  i drobne zwoje pianki do wypełniania – też nie wiem czego.  W głowę zachodzę – przecież jeśli się nic od dzisiejszego przedpołudnia nie zmieniło to śmieci odpowiednie służby odbierają obecnie spod domu. Słowo – mi dzisiaj odebrali. Ja się pytam komu się kalkuluje (czasowo i finansowo) wywożenie odpadów  do przydrożnego rowu? Odpowiedzi nie znajduję. Ale nie o tym chciałam dzisiaj.
Ostatnio z nieba spadło dużo wody, ale normalnie to jest sucho. Pył, popiół – normalnie z wodą dramat. Od zeszłego sezonu łapiemy wodę deszczową i dzisiaj pokażę nasze na to patenty. Wszelkie prawa by Mączki:)
Dom ma cztery rynny, już z trzech odbieramy wodę na czarną godzinę. Nie miałam pojęcia ile wody można złapać z jednego deszczu, serio.
1)      Stara studnia.
Przed domem mamy starą studnię. Od zawsze była sucha bo to teren trochę na podwyższeniu, woda uciekała na dół miejscowości. Do tej pory służyła nam wyłącznie jako fajny element dekoracyjny ogrodu, taki relikt z dawnych lat. W zeszłym sezonie Przemko the Ma(j)ster odkrył jej wnętrza, poczyścił, pozaklejał tam jakieś ubytki, powiercił, pokuł, beton ponosił  i odnowił pompę. Ponieważ studnia jest w dużej mierze zasypana, do środka wstawiliśmy
200-tu litrową beczkę, akurat rozmiar w sam raz. Kupiliśmy taką pękatą, używaną bekę po jakimś słodzie lub moszczu do wina, czy czymś takim. Nastawcie się, że przyjdzie wielka, śmierdząca starym winem paczka sięgająca dorosłej osobie mniej więcej do pasa. I my solidnie umyliśmy  tą beczkę i siup ją do tej studni. Od najbliższej rynny pociągnęliśmy do beczki kawałek plastikowej rury (są takie specjalne złączki, że można sobie tak to pod rynną otwierać, czyścic – no taki element tajemnicy w stylu: zajrzyjmy co też nam dzisiaj tam z rynny wpadło. Potem odpowiedni spadek (wiadomo to chyba nie? – poziomice, te sprawy) i siup woda się leje do beczki  ino dym… Jak ją wyciągnąć (wodę, nie beczkę) – zapytacie? Pompę trzeba kupić  - my akurat taką ze średniej półki marketu budowlanego. Przemko jakimś tajemnym sposobem zdołał umieścić wąż od tej pompy (z marketu) w wylewce tej pompy od starej studni. Potem jakoś prądy podopinał i takie tam i …podchodzę, naciskam taki dinks (czy guzik jak kto woli) i woda leci przez swoją piękną studzienną wylewkę…A ja wieszam tam wiadereczko, ono mi się napełni (10 litrów w 10 sekund - nieźle co?), przelewam sobie wodę do konewki i w drogę rośliny podlewać. Dodam tylko, że jeśli spadnie za dużo wody i brzuszek beczki okaże się za mały, żeby tę wodę odebrać to ona się po prostu przelewa i leci w grunt. Także taki fajerwerk. Jeden deszcz potrafi napełnić tę beczkę.




2)      Druga rynna.
Podobnie. Wielka beczka po śmierdzących oparach toskańskiego wina doczekała się siostry. Nie – pod drugą rynną już nie ma studni. Beczkę trzeba było po prostu wkopać w grunt, co też mój wybranek życiowy zrobił. Podłoże jest tam gliniaste, twarde, zbite (bo susza w końcu) więc pod oknem słychać było wiąchy niecenzuralnych słów, lał się pot (bez łez), spodnie roztargał, a koszulka nie nadawała się do tego, żeby ją wrzucić do pralki (glina, pamiętacie?) . Do tego wypalił w koszulce dziurę na brzuchu, ale o to już nie pytajcie, nie wiem jakim sposobem. No więc wkopał, kupił pompę taką samą jak opisałam powyżej, ale używaną – też spoko, taniej dużo i Olx odnotował wzrost sprzedaży. Potem taki kranik (patrz zdjęcia), też przycisk na prąd do pompy  i znów ja z tym wiadereczkiem, konewką podchodzę, naciskam...no i wiadomo co dalej.





3)      Przejściówka do rynny.
Jak to przyszło to pękaliśmy ze śmiechu całą trójcą bo nikt z nas nie miał pojęcia jak to ma działać. Taki plastikowy kawałek rynny z…nosem na boku. Przemko the Ma(j)ster coś tam ciął, coś tam przemalował i odciął rynnie nr trzy kawałek środka. Normalnie odciął ją i wstawił tę przejściówkę kierując jej nos w bok. Nos wymagał przedłużenia i osadzenia w czymś. Ja mam akurat stare pojemniki gliniane, kiedyś to się tam np. kisiło kapustę w takich, i tam wyciął taki ząbek i umieścił przedłużony nos rynny. I jak pada to woda leci z tego nosa do tego naczynia glinianego. Dodam, że to naczynie też do małych nie należy, a z jednego deszczu całe napełnione. Jestem zachwycona. Tam już pompy nie ma, sama sobie wodę wyciągam innym glinianym naczyniem, frajdę mam po pachy, potem do konewki i dalej już wiecie co…



To trzy sposoby jak łapiemy wodę na zewnątrz, żeby jakoś pomagać ogrodowi w chwilach kiedy jest sucho. Wiem, że nie każdy ma możliwość łapania wody w ten sposób, ale może warto przyjrzeć się rozwiązaniom na swojej działce, albo na balkonie czy gdzie tam - jak tu przekierować krople wody  tak, żeby ją złapać. Wystarczy może przyciąć rynnę nieco wyżej i podstawić większe naczynie/wielolitrowe wiadro/beczkę/większą miskę i kap kap niech sobie woda tam spływa, a potem jak znalazł. Dodam tylko, że deszczówkę warto zużywać na bieżąco bo tam się w niej toczy bujne życie towarzyskie mikroorganizmów wszelakich i może się jakby zepsuć. Perfumy to to nie będą. A chyba wystarczy nam już jedna śmierdząca beczka po winie z Olx, prawda?

To tyle na dzisiaj. Następnym razem opowiem jak łapiemy wodę w domu. Też będzie wesoło.

Pozdrawiam Was ciepło.
Wasza Zylwijka i jej najukochańszy mąż Przemko the Ma(j)ster.

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Reset. Na ręcznym.

Taki koniec - początek. Taki reset przymusowy jakby ktoś zaciągnął ręczny hamulec, że aż boli od zapiętego pasa. Że aż ślad zostaje. Taki stop jak wymierzony policzek. Też boli. Miało być dzisiaj na śmieszno, żeby się kąciki ust nieco uniosły, ale jednak nie. Może innym razem. Dziś będzie chaos myślowy.
Zrobiłam wykrój maski. Ma podszewkę i barwy dość dobre jak na wiosenny czas. Jutro to zszyję, zobaczę jak to się będzie na twarzy układać. I myślę sobie, mój Boże - szyję sobie maskę, świecie o co ci chodzi? Wszędzie jest tak przejmująco pusto, jakby to miał już być koniec. Jakby się świat dopalał jak dobre ognisko nad ranem. Jeszcze się żarzy, ale ognia już nie ma. I myślę sobie: ludzie przecież ja jeszcze na pianinie się nie nauczyłam grać, jeszcze rozmów mam tyle do odbycia, tyle telefonów do wykonania, do tylu ludzi chcę jeszcze się zbliżyć, tylu poznać, podziwiać. Tyle jeszcze dać. Przecież ja wciąż mam podróż ważną do odbycia, książki do przeczytania, kazania do wysłuchania, ulubiony przecier z pomidorów chcę jeszcze zrobić. Mam zaległe urodziny u znajomej (Ania, będę!), może inny język obcy bym chciała znać. Z synem mam sezon w badmintona do odegrania i rozwarte dla niego ramiona do kochania. Przecież ja z tym moim Przemciem mam jeszcze kino do obejrzenia, budkę dla ptaków trzeba zrobić, nowe dresy zamówić, cieszyć się ciągle tym słońcem nad domem, sobą. To wszystko nie może tak po prostu stanąć. 


Zaplanowałyśmy z kuzynką podróż. Solidnie ważną - na maj. Miał być samolot, domek przy falach i poważne spotkania. Bilety w dobrej cenie znalazła, ustawiliśmy się jakoś w tym wszystkim, myśli zebrane, postanowione. Wjechała korona i być może nie będzie już okazji załatwić tę jedną ważną sprawę. Czy lepszą możliwość znajdę - kto mi odpowie? Przed domem wciąż puste donice bo nie jadę po kwiaty, bez sensu się narażać. Robię za to, co mogę, żeby szkoła w miarę normalnie szła. Ten Skype paruje mi od codziennych lekcji, angielski tłumaczę, jakoś to idzie, ale to dalekie od normalności. W święta transmisje z parafialnego - super, internet nieźle pociągnął. Święta ciszy - bez udawanych uniesień, zbędnych szmerów, dyskusji - za to prawdziwie przemyślane, moje najprawdziwsze, jeśli można to tak ująć. Każde usłyszane słowo - w punkt. W punkt jak nigdy.


Na kijki wciąż chodzę. Po ogrodzie. Takie ścieżki wydeptuję dookoła domu, że aż samej chce mi się śmiać. Ile to się myśli przewinie przez głowę. Powietrze już pachnie tym czymś - nowym życiem, startem. Dokładnie w takim zapachu jeździłam do mamy do szpitala, też w Wielkanoc. Myślałam wtedy, że to jest już mój koniec świata, jak dzisiaj, ale świat jednak ruszył dalej. Jest, toczy się. Liczę głęboko, że i tym razem tak właśnie będzie. Że ten stary porządek runął już, że wszystko poszło w pył, pora układać się na nowo, sklejać te połamane skrzydła. Że pora na nowo mierzyć wysoko, patrząc jednocześnie pod nogi, żeby nie zdeptać najsłabszych, oni ciągle są. Że pora się skupić na tym, czego zwykły konsumpcjonizm jednak nie daje. Że pora skierować spojrzenie bardziej do wnętrza, bo poza nim to błyskotki jedynie. Że pora tyle zmienić, że aż się boję czy to świat dźwignie. 
Może pora przygarnąć psa...

Wasza Z.