poniedziałek, 10 grudnia 2018

Moje myśli o jedynce...

Jeden to jest dużo. Jeden może zmienić wiele, postawić na nogi, albo sponiewierać. Jeden można stracić i jeden można zyskać. Dobrze wiemy, że jeden pierożek za dużo zaczyna w brzuchu ciążyć, a jedna kanapka za mało dla głodnego dziecka to wciąż niedosyt. Nie wiem co mi tak ta jedynka ostatnio chodzi po głowie, miotam się jakoś. Czasem mi się wydaje, że jeden dzień to długo jeśli trzeba czekać, a często też czuję, że jeden dzień mija zbyt szybko, zbyt intensywnie i wtedy myślę: gdzie on jest? Ten dzień? Jak dzisiaj na przykład. Wiem dobrze, jak to jest powiedzieć jedno słowo za dużo - wiem jak jest, gdy się już nie ma czasu na to jedno zdanie, co może trzeba było powiedzieć, ale człowiek już umarł, nie usłyszał. Często ten jeden człowiek właśnie jest ważny, a czasem jeden życie nam struje i nic po takim...
Jeden.


Jeden punkt im czasem braknie na teście, a ja się nie ugnę. Młodzi wtedy ze mną dyskutują, że jeden punkt to mało, to psinco. Zawsze im powtarzam, że się niebywale mylą. Zaś jeśli o jeden swoje normy morfologia przekroczy to już jest choroba. Jedna myśl czasem dręczy człowieka latami i spać się nie da, jednej złotówki braknie i chleba nie kupisz. Jedno zdjęcie fotograf wybiera, a zrobić ich musi setki, ale to właśnie na tym jednym twarz wygląda zjawiskowo. Jeden worek foliowy się wyrzuci i to już jest o jeden za dużo dla środowiskowego przetrawienia. Jeden tylko kieliszek czasem człowiek może wychyli i jest dramat.
Jeden.
Jedna rozmowa może rozwiąże wiele, a jedna kłótnia zamknie drzwi bezpowrotnie. Jedna kawa ciśnienie podniesie, a jeden nudny film uśpi człowieka w chwilę. Jedna książkę się czasem przeczyta i już świat się inaczej widzi. Jeden człowiek czasem inspiruje i się za nim idzie. 
Jeden.
Z powodu jednego gwoździa koń stracił podkowę. Z powodu braku podkowy jeździec stracił konia. Z powodu braku konia jeździec nie dostarczył wiadomości. Z tego powodu wróg zwyciężył.
Jeden to dużo.
Życie jedno.

Sylwia.



sobota, 24 listopada 2018

Dla mojego Piotrusia, co siódme urodziny swe dziś ma...

Gdy mnie nie słyszysz, ja chcę ci przysiąc, 
Że póki mogę, będę cichą tarczą twą. 
A gdy dorośniesz, otworzę na oścież drzwi 
I spróbuję cię uwolnić z moich rąk 

A ty, mój synku, mój pojedynczy, 
Ty nie przestaniesz nigdy zastanawiać mnie. 
To, skąd przychodzisz i co nas łączy 
I jaka moja rola w tym naprawdę jest? 

Codziennie mnie zachwyca twoje maleńkie życie. 
Na wielkie przyjdzie jeszcze czas. 
Dziś jesteś mi światem, a twoje złote piegi to jego blask,
W pochmurną noc to moje konstelacje gwiazd.


Z plyty AMJ. "Piosenka dla Frania" 

czwartek, 1 listopada 2018

Jak myślisz, czy tam...

Jak myślisz czy tam, za ostatnia już ciszą
tam, skąd się listów nie pisze
Nasze czułe dusze dwie znowu rozpoznają się
i czy spotkają się?

Są takie miejsca, do których ja już nie udam się, nie pojadę. Są takie zapachy, dźwięki może i takie śmiechy i obrazy, których ja już nie zobaczę - nie odtworzę, już się tam do takich chwil wrócić nie da. Tylko muzyka mnie tam zabiera. Ale choćby i słuchawki były wielkie jak grzmot to jednak już w pewnych domach i z pewnymi ludźmi już kolacji nie zjem, nie rozleje mi się tam herbata i nie wezmę chaustu tamtego powietrza. Dlatego bywam czasem w takiej muzycznej podróży, po której mi dusza odetchnie, ciężar zrzuci i ciarki z emocji powrócą. Bywam tam wtedy. Przy tym wielkim stole, albo przy choince, albo na kolanach ukochanych. Wtedy jestem własnie tam, przy takiej kolacji wigilijnej jakiej mnie nigdy nie udało się ugotować, albo w ogrodzie, z którego kwiatów ja nigdy u siebie nie posadziłam. I agrestu tam pełno albo mirabelek. Albo chodzę po mieście w zimowy wieczór i nie ma nikogo, a śnieg pada jakby w poprzek. Wtedy jestem tam, w tym mieście, bywam w tym mieszkaniu i wszystko jest jeszcze...wolne. Bywa tak czasem. I dzisiaj myślę o tych ludziach, gdzie oni są, co zostało, co niosę dalej...

Czy dusze znają mowę dotyku?
Czy wymieniają spojrzenia?
Czy mijają się w milczeniu?
Czy w nieznanym nam języku rozumieją się?

Czy dusze są tu, obok nas jak powietrze?
Czy są odległe jak gwiazdy?
Czy unoszą się na wietrze
Albo cicho wiją gniazda z przedwieczornej mgły


Babcia Janinka, dziadek Piotr, moja mama - wszyscy oni minęli już jak łzy w deszczu. I nie ma już tych rąk do cięcia choinki, nie ma tak pokrojonego boczku na chlebie, nie ma polowań, nikt nie robi dalej drzewa genealogicznego rodziny i nie ma chętnych do zorganizowania wielkiego zjazdu rodzinnego (mamo!). Nie ma tamtej wypastowanej drewnianej podłogi ani sztywnej od krochmalu pościeli. I mówi się też już inaczej. Wszystko jest inne. Ja zawsze mówiłam, że to-tamto zrobię inaczej, po swojemu, a widzę tych ludzi w sobie po trochę. Mamę głównie. Okulary tak samo zakładam i telefon też trzymam przy lewym uchu. Śmieję się podobnie. Tego murzynka też często piekę, chociaż nie w prodiżu. I przepisy jej wciąż trzymam. Za to rosół taki jak jej to mi się jeszcze nie zdarzył. Blade to takie mi się wygotuje, oka małe - może kury inne co?

Jak myślisz czy tam niskie lipcowe słońce
Da swego ciepła nam więcej
I czy dusze nasze na rozgadanej wonnej łące
Będą mogły trzymać się za ręce?*

Pat Metheny gra właśnie "Polskie Drogi". Znowu tam jestem.

Zylwijka


* słowa: Marcin Kydryński




niedziela, 7 października 2018

TUMULT to jest piękne słowo.


Wdech.


Od września przez dziesięć miesięcy jestem w jakimś innym świecie, pędzącym tak niejednostajnie, że czasem wszystko jest jakby…na wdechu. Już miesiąc pędzi z nami w tym wszystkim również dziecko. Szkołę zaczął, wszystko ruszyło. I tyle się dzieje każdego dnia, nie chcę niczego przegapić. Tumult roku szkolnego to chyba dobre słowo. To jest totalnie mój czas. Mi wtedy skrzydła rosną, energię mam. Myślę. Działam. Lubię swoją drogę do pracy. Wjeżdżam do miasta i wszystko dopiero rusza, rozkręca się, przystanki pełne, ktoś biegnie. Jadę czasem za autobusem szkolnym do samego parkingu przyszkolnego. I zawsze wtedy myślę o tym jak zorganizowany jest świat, życie. Że każdy wie co ma robić, wszystko się zazębia i uzupełnia. Że wszystko na swój czas.
I ta jesień zawsze czeka za rogiem. Już się książkowo obkupiłam na ten nadchodzący czas, można startować. Ogród już przygasa więc tę herbatę też można wolniej pić, planować, rozejrzeć się jakoś szerzej. Mi jest często szkoda, że czas tak pędzi, a czasem wcale nad tym nie myślę. Pracuję wtedy z całych sił. Czasem jednak nic nie idzie. Taka mentalna ściana, nic nie wychodzi, nie ma entuzjazmu, nie ma odpowiednich ludzi, nie ma zapału. Wlokę wtedy nogami ociężale i klnę jak szewc pod nosem (włoski temperament). Zniechęcam się, nie widzę sensu. Ale bywa, że jest prawdziwy ogień, muszę tylko mieć u boku ludzi, którzy myślą jak ja, widzą jak ja i którzy mnie inspirują. W zasadzie z tym myśleniem i widzeniem może być dokładnie odwrotnie ale musi być ten czynnik zapalny, to coś. Kocham ludzi, którzy mają coś wartościowego do powiedzenia, myślą z rozmachem, nie boją się. Uwielbiam pracowitych – dla mnie mega napęd do tego, żeby być solidniejszą, odważną, żeby pozbyć się kompleksów i zasuwać dla innych, bo co więcej można zrobić świata? Bardzo szanuję tych, którzy umieją się odciąć – od plotkowania, od słabej polityki, od krytykanctwa i jątrzenia, podsycania niezdrowej atmosfery i robią to, co mają robić, co robią dobrze i na czym się znają. Boję się ludzi, którzy szczują na innych i którzy ciągle coś udają. Lubię takich, którzy swoją postawą zmuszają mnie do większego przykładania się, do starań, do wysiłku, poszukiwań i rozwoju. Lubię mądrych, zdolnych do prowadzenia innych, od których można się wiele dowiedzieć, nauczyć. Lubię takich, którzy budują od początku, małymi krokami, cegła po cegle. Są zdeterminowani, prawidłowo pewni swego i konsekwentni. Ja ciągle ich szukam i… na nich trafiam, los ich jakoś podsyła. Dzięki nim mogę ciągle mieć duszę dziecka, zachwycać się.



Postanowiłam tej jesieni więcej planować, lepiej się przygotowywać do obowiązków, bardziej świadomie ogarniać życie codzienne, znaleźć czas dla siebie i dobrze go spożytkować. Znaleźć czas na ciszę. Wolę nie żyć byle jak. Muszę wrócić do codziennego słuchania muzyki – na słuchawkach, żeby mi nic dźwięków nie mąciło. Do oglądania wartościowych filmów i dbania o kręgosłup.
Do codziennej praktyki siedzenia w ciszy totalnej – choćby przez 5 minut. Do regularnego jedzenia – no mam z tym problem. Do czytania jeszcze więcej. Do częstszej dobrej dyskusji na tematy wszelakie z moim ukochanym (wtedy to cicho nie będzie bo my burzliwie dyskutujemy – czasem z trzaśnięciem drzwiami). Do intensywniejszego czasu z synem i do jazdy na rowerze (stacjonarnym).
Do większego skupienia. Do dobrego, krytycznego myślenia. Do wartościowych spotkań z innymi. Do częstszego wyjeżdżania i wracania z przewietrzoną głową. Do, do, do…

Wydech.

Wasza Zylwijka.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Ci barwni.


Od zawsze fascynuje mnie fakt, że ludzie żyją różnie. Każdy swoim torem, żyje na swój sposób, inaczej myśli, czuje, doświadcza. Jestem absolutnie poruszona ludźmi, którzy często wbrew wielu idą swoją drogą. Buntują się czasem, idą pod prąd, mają gdzieś co ktoś o nich myśli. Są mega pozytywni. Kocham ludzi, którzy są dla mnie intelektualnym wyzwaniem. Ja mam wtedy takie wrażenie, że każde spotkanie z nimi to krok do przodu. Mój krok. Podświadomie gdzieś ich szukam. Znajduję. W ogóle coraz częściej mam przekonanie, że jednak podstawą wszystkiego jest człowiek i to tam należy doszukiwać się wypadkowej wszystkiego. Jest firma – ale to za nią stoi człowiek, jego doświadczenia, droga do tego, że jest teraz może i prezesem. Jest artysta – jego droga jest inna, ale coś za tym stoi, że jest on akurat taki. Za wielkimi wynalazkami, odkryciami, dziełami sztuki w literaturze i gdziekolwiek indziej stoi człowiek, jego wybory, drogi, doświadczenia, emocje i jego życiowy wózek. Absolutnie jest to miażdżąca świadomość. I jak to dobrze, że tak właśnie jest!!! Lubię ludzi o różnych poglądach, z własnym zdaniem, pewnych siebie i nieustannie szukających tego czegoś, robiących coś dla siebie i świata poza jedzeniem i spaniem. Tacy ludzie mnie kręcą. Mam taką grupkę znajomych, spotykamy się często, ale każdy z nas jest jak z innej gliny. Bardzo lubię nas wszystkich razem. Taka ludzka galaktyka – każdy świeci innym światłem, a każdy przecież wyjątkowy.




W swojej szkole od kilku lat zajmuję się organizowaniem wizyt zagranicznych studentów. Są to członkowie międzynarodowej organizacji zrzeszającej studentów-wolontariuszy z całego świata - AIESEC. Oni do nas przyjeżdżają, najczęściej dwójkami-trójkami i przez tydzień prowadzą zajęcia dla naszych uczniów, w ramach tego realizują tzw. Cele Milenijne. Prezentują swoje kraje, tradycje, obyczaje, historię, religie, obalają stereotypy z wielkim hukiem. Są tańce i narodowe stroje (wielkie przymierzanie), jest śpiew i muzyka. Uwielbiam te wizyty. Prawdziwa kulturowa jazda. Nieraz goszczę ich w domu, razem gotujemy, zdarza się, że trzeba kogoś przenocować. Ostatnio gościliśmy dziewczynę z Indii. Jedzą naprawdę pikantnie, a dom nigdy nie pachniał tak intensywnie masalą. Ale najważniejsze jest to, że głowa się wtedy mocno otwiera…Do moich uczniów, ale też mocno do mnie dociera to, że sposób w jaki żyjemy nie jest tym jedynym właściwym. Mi wtedy rosną skrzydła, świat jest przecież wielobarwny. Zawsze wtedy pada wiele pytań, dużo z tej kategorii niepopularnych, niewygodnych, ocierających się o religię, kuchnię, edukację, prawo – wszystko wtedy przestaje być tylko takie „z telewizji”. Młodzi są bliscy wypracowania własnego zdania. Nareszcie.




Co do osób barwnych...za nami weekend pełen artystycznego smutku. Odeszli Kora i Tomasz Stańko. Jasne, została ich sztuka, wciąż mamy ich trochę dla siebie, ale za sztuką stali Oni – znowu człowiek. Nic więcej już spod ich ręki nie wyjdzie. Jakby ktoś zakręcił kran, nic więcej się już nie naleje. Bardzo żałuję, że mamy o dwie różnorodne osoby mniej na świecie. Żyli jak chcieli i o to mi właśnie chodzi. Dobrze jest, gdy człowiek ma coś, co go wyróżnia, czyni innym, ma własne zdanie, myśli i zadaje pytania, nawet takie, które krępują innych, szukają i drążą, czasem palą mosty, ale budują za to kładki do innego, pięknego świata. Ich życie otwiera często zabetonowane głowy. Mnie interesuje wiele, ale wiele mnie też nie interesuje. Mimo to zawsze staram się wiedzieć, nawet jeśli to coś to zupełnie inna bajka, orientować się, pomyśleć, dlaczego jest właśnie tak. Polecam dociekanie. Bardzo doceniam w ludziach to, jak ktoś dochodzi do czegoś krok po kroku. Czasem tylko drobi nóżkami, ale idzie do przodu. Buduje klocek po klocku. Z takich drobnostek powstają, wydaje mi się, wielkie rzeczy i to w każdej dziedzinie. Nutka do nutki, a potem masz – cała orkiestra! Tak lubię życie budować.




Na progu kolejnego tygodnia życzę Wam właśnie tej niegasnącej chęci do szukania w sobie inności, wyróżników (jest takie słowo?), bądźcie inni, kolorowi, chętni do działania, do zgłębiania i szukania. Róbcie drobne-wielkie rzeczy. Byle na maksa, z prawdziwym przekonaniem, prawdą. Malujcie obrazy (nie musicie przecież kończyć w tym celu ASP), piszcie (nikt nie musi być od razu Szymborską albo Sienkiewiczem), szukajcie odpowiednich ludzi (będą świetną inspiracją), gotujcie molekularnie (będzie dużo dymu), komponujcie własna muzykę (mogą być cymbałki na początek), zbudujcie domki dla ptaków (pomysłowy Dobromir?), słuchajcie muzyki (polecam słuchawki) – no cokolwiek! Bądźcie wyjątkowi, różnorodni. Bądźcie inspiracją dla innych. Świat czeka.

Wasza Zylwijka

niedziela, 8 lipca 2018

Niedziela.


Niedziela. Pomyślałam, że zrobię rosół bo przez te upały odeszliśmy nieco od dań gorących. Właściwie to on mi zawsze wyjdzie jakiś nie taki. Kury może dziwne w tych czasach. Wszystko dziwne, inne. Mi się często wydaje, że ja też jestem jakaś niedzisiejsza. Tak z tym rosołem wyskoczyłam, a myślę kto tam dzisiaj takie zwykłe obiady robi… Przy garach stoi. Albo dogina z warzywami, chwasty wyrywa, żeby mieć tę marchewkę swoją, zdrowe zjeść. Jeszcze słyszę, że po co to, lepiej trawę mieć dookoła, że na bazarku wszystko kupię i tak samo dobre. Może. Często poglądy mam inne, nie wpisuję się w mainstream*, ale nie zależy mi. Ja bardzo, bardzo tęsknię do tego, żeby życie było proste (nie mylić z: łatwe), żeby nazywać rzeczy takimi, jakie są. I jak trzeba przypierdzielić słowem to robić to! A świat może i głaszcze dzisiaj wszystko za bardzo, co trzeba to wypoleruje, potem ludzie swoje dorobią i każdy mądry i swoją prawdę ma. I jak popatrzeć to wszystko świetne, praca, dom, dzieci, pies przy domu rasowy z rodowodem i chorizo** w lodówce zamiast suchej beskidzkiej. Ale czasem jak w oczy głębiej spojrzeć to smutne, zagubione może. Okazuje się, że ten wózek co się go za sobą wlecze to już ma kółka zósemkowane i sflaczałe opony od nadmiaru. Od ciężarów, których nie widać.


Zdarzyło mi się kilka razy powiedzieć za dużo. Czasem tak się palnie, a potem myśli latami wokół tego krążą. Ale zdarzyło mi się też powiedzieć wprost. Prawdę wyłożyć prosto, żadnych slalomów. Bilans strat jest pokaźny, ale duszę mam spokojną. Wiem, że tak należało. Kiedyś usłyszałam, że występuje dzisiaj  zjawisko neo-prawdy. Każdy ma swoją. Jak mi się to słowo podoba! To jest trafione w punkt! Bardzo niebezpieczne,  a wciąż się z tym spotykam. I to nie jest w telewizji, czy w dużej polityce. To jest tu – na każdym podwórku, w wielu rozmowach, w bardzo, bardzo wielu sytuacjach. Gonię to w cholerę, Boże, jak ja się na to wściekam! Chcę żyć w zrozumiałych ramach, być pewną, że czarne to czarne i nie ma nic pośredniego. Może i krąg ludzi z otoczenia by się zawęził, ale wszystko by było jasne i czytelne. Nie godzę się na manipulacje – żadne.
Mój dziadek Piotr mówił wprost. Walił prosto z mostu i cieszył się przez to dużym szacunkiem. Czyli było odwrotnie proporcjonalnie niż jest dzisiaj, gdzie zwykle pozbywamy się autorów niewygodnych słów. Co gorsze jeszcze, dajemy im to, co chcą byle by siedzieli cicho. Nie chcę tak. Za kilka dni minie dziesięć lat naszego małżeństwa. Fajny, dobry i bogaty wspólny czas, ale gwarantuję Wam, że gdyby nie było u nas czasem jak we włoskiej rodzinie to nic by nie było, te słowa by się nie pisały. A ja naprawdę potrafię być żoną z temperamentem, nie owijam w bawełnę. Gdyby czasem nie było gorzkiej prawdy wywalonej na stół, ciężkiej pracy i tych zósemkowanych kół w naszym wspólnym wózku to nic by nie było. I tego się trzymamy – teraz już we trójkę:)


Jest niedziela. Ten rosół tam pyrka. I ja z tym swoim przekonaniem, że dom to obiad pachnący od drzwi. Umorusane dziecko i kawa w zwykłym kubku. To rozrzucone klapki i żniwa za ogrodem, szelest krzątających się sąsiadów i lekko podchmurzone niebo. I jeżeli mam chwasty w ogrodzie to nie chcę mówić, że to gatunki śródziemnomorskie sprowadziłam. Chwast to chwast. Tu się nie da nic przeinaczyć. To jest takie, jakie jest - proste. Kwiat czy wredna nawet mucha nie udają, że są czymś innym. Bardzo odpowiada mi ten fakt.

To byłam ja - Zylwijka:)

* aktualnie typowe, często spotykane, czyli jest tego full...
** tradycyjna, hiszpańska kiełbacha, choć pewnie już spolszczona jej wersja też istnieje:)




niedziela, 10 czerwca 2018

Zwykłe, proste, trudne…


To najprostsze życie bywa jednak najtrudniejsze. Takie życie zwykłe – dom, praca, dziecko, zakupy, ogród, rachunki…no normalne takie, a czasem trudno żeby to wszystko jakoś spiąć, pchać do przodu. Często to u siebie obserwuję. Te najzwyklejsze codzienne czynności wymagają ode mnie najwięcej…czasu, siły, starań, emocji, pracy.  Żeby dom był zadbany, żeby obiad, w lodówce coś, żeby się komornikom przez opóźnione rachunki nie narazić i żeby dziecko było czyste i uśmiechnięte. A to przecież sprawy z kategorii „każdy je robi’. I żeby ten czas trochę mieć dla moich chłopaków, dla siebie uszczknąć też chwilę czy dwie. A tak to wszystko jakoś nieraz nie idzie, kosztuje dużo. Nie jest trudna rezerwacja biletu lotniczego na wyspy najcieplejsze, ale naprawdę rzetelne, porządne wykonywanie swojej pracy zawodowej już tak. Nie trudno piękne zdjęcie swoje do sieci wstawić, ale już ogarnięcie tego, co się na kadr nie załapało już tak. Żaden problem przeczytać cały internet o macierzyństwie i wychowaniu, ale sprostanie pyskującemu nastolatkowi to już wyzwanie.  Przejrzeć zdjęcia wnętrz z stylu Hampton czy Glamour nie jest trudne, ale utrzymanie  porządku w domu przy dzieciach wymaga poświęcenia. A przecież z tego głównie się życie składa. Z tych prostych czynności z dnia na dzień. Często odwiedzam blogi przeróżne i tam czasem taki błysk wszędzie, ciasto, zabawa z dziećmi przez pół doby, makijaż w pełni, planowanie domowego budżetu wraz z rozliczaniem comiesięcznym  i oszczędzaniem, do tego jeszcze każdy dzisiaj „koordynuje projekty” (zamiast „robi coś”, czy „pracuje” po prostu) i to wszystko takie jest idealne. A jak się tak kadr w telefonie lekko przez szturchnięcie przesunie w czasie zdjęcia to się okazuje, że już tak idealnie nie jest. Że pod ten kadr tylko wysprzątane, po tym cieście mikser nieumyty, klocki dziecko po podłodze rozrzuciło, kompot się wylał, a te skrzętne rozliczenia wydatków by oszczędzić dawno wzięły w łeb bo potrzeba jednak konsekwencji…Już nie perfect.





Kiedyś przeczytałam fajny wpis blogowy u pewnej fotografki. Napisała o autentyczności w sieci i jakoś często mi się jej słowa po głowie kołaczą. Że wszystko można sobie upiększyć, za pomocą oprogramowań pokazać siebie jak się chce. Można świat podkręcić. Jak my siebie pokazujemy, jak postrzegamy, że wszystko takie wyniuniane …no mucha nie siada. A ja tak nie chcę. I jak tak spojrzeć na to z boku to jeśli dzisiaj życie tu i teraz i życie w sieci to ta sama rzeczywistość to…pół życia to ściema. Naprawdę tęsknimy nie do sushi, ale do prostego obiadu z jajkiem sadzonym i kefirem. Nie do pięknych marmurowych blatów na kuchennej wyspie, ale do zwykłego spotkania w małej blokowej kuchni wieczorem, gdzie każdy siada na ryćkach* i opowiada dzień. Nie do mebli Chesterfield ale do wygodnej kanapy, może poplamionej sokiem czy czekoladą, na którą wciśnie się cała rodzina z dziećmi i obejrzy wspólnie kino familijne. Nie do zorganizowanego w terminarzem dnia, ale do czasu spędzonego razem na prozaicznych czynnościach. Nie chcę przyjęć w pałacach, ale chętnie zapraszam znajomych do domu i podaję im kawę i ciasto moje nieidealne. Prostego życia mi się chce.



Mam kilka ulubionych blogerek. Jedna z nich pisze książki, ma własne wydawnictwo, robi filmy, blogosfera ją już zna a świat literacki się przed nią mocno otwiera, i wiecie, że ona za chwilę będzie hodować kury??? Jak mi się to podoba! Takie wypięcie się na ten sztuczny obrazek, że Pani-Pisarka-Wydawniczka z binoklem na oku i paznokciem zawsze nienagannym. Ona będzie za chwilę późnym popołudniem zbierać z dziećmi jajka i sypać ziarno. Dla mnie bomba! Inna jeździ wozem z koniem po wsi i przejażdżki koleżankom organizuje, nalewkę robi, drożdżowca ukręci raz-dwa i kaczki jej się wykluwają non-stop, a kalosze są często główną częścią jej garderoby.  I szczęśliwi jacy! Żebyście mnie dobrze zrozumieli – mi nie chodzi o to, że teraz mamy wracać do dziejów prastarych i żyć jak żyły nasze babki i konie zaprzęgać, żeby osiągnąć szczęście. Idzie o to, że się gdzieś świat chyba zapędził, za bardzo się w nim kolorujemy…A proste życie jest na pewno trudniejsze od wstawiania zdjęć na instagrama, ale jest też dużo głębsze i lepsze, po prostu. Nie nadyma się i nie puszy. Jest pranie i obiad, siedzenie murem przy gorączkującym dziecku, są plamy na bluzce, i popsuty ziemniak we wiaderku w szafce pod zlewem. Jest koszenie trawy, kawa (zwykła z fusami, taka zalana tylko…niby po turecku) przed domem, rozbite kolano i solidna kłótnia z mężem…(Przemuś, no tak mi się akurat napisało, że z mężem). Jest czas na nic-nie-robienie na dywanie z dzieckiem i na grę w 5 Sekund, jest czas na dobrze zrobioną robotę przez osiem godzin w pracy. Jest łazienka do sprzątnięcia, i dziura w podłodze bo mały upuścił młotek. Jest życie zwykłe, proste. Trudne. Wybieram je.

Sylwia

*małe krzesełko na mega-krótkich nóżkach, przez co niskie jak cholera, a na dodatek zwykle jednak bez oparcia