wtorek, 13 lutego 2018

O książkach i o fejso-poście:)

Czytam falami. Czasem takie tsunami książkowe mnie dopada, że nie idzie się oderwać - jedna za drugą. I to nie jest tak, że idzie jesień czy zima to się szykuję i robię niedźwiedzie zapasy książkowe. Ja to mam cały czas. Dzięki książce człowiek nigdy nie ma jednego życia... Bywa też czasem tak, że mam dość słów, zdań, stronic. Nie i koniec. Moja praca w dużej mierze składa się jednak z czytania, myślenia nad tym, co ktoś napisał i czasem czuję, że jeszcze książka to już za dużo. Taki przesyt. Mija to jednak i zaczyna się od nowa. Nie wiem jak jest u Was, ale ja w dużej mierze polegam na czymś, co ktoś poleci, mam takie przeczucia, czy coś mi się może spodobać czy to raczej literatura nie dla mnie. Mam problem z wyborem, gdy sama coś chcę sobie sprezentować. Wchodzę do księgarni i koniec - wybór jest prze-o-gro-mny, za duży jak dla mnie. Czytam, owszem, te podsumowania na okładkach, taki jakby klimat chcę złapać, ale nic to. Zwykle wychodzę z niczym. I smutna. Nie tykam science-fiction, kryminałów i fantastyki. Nie mylić z fantasy. Lubię biografie i autobiografie, pamiętniki i dzienniki, dzieje osadzone w realiach wojennych, lubię książki dokumentalne, czasy starej Anglii, trudne miłości i relacje, dwudziestolecie międzywojenne i klimaty dawnych wsi. Lubię, jak tam się gdzieś mieszają arystokrackie wątki...W szkole średniej (wbrew ogólnej niechęci) kochałam Lalkę, Noce i Dnie i Nad Niemnem, potem Wichrowe Wzgórza i Portret Doriana Grey'a... Tak było. Wciąż pochłaniam też spore ilości prasy, czasem w wersjach papierowych (cyk! do torebki), czasem w wersji elektronicznej (ale jakby wrażenia słabsze)...


Kiedyś przeczytałam taką wypowiedź na jednym z blogów, akurat był wpis o czytaniu: Jeśli nie czytam to czuję, że nie mam nic do powiedzenia, powtarzam się. Właśnie. Czytanie te nasze głowy nam otwiera, zabiera gdzieś daleko, wywozi na chwilę z naszego życia. I jak już człowiek z tej podróży wróci to tyle by można opowiedzieć, pospierać się, jeśli ktoś tę podróż inaczej przeżył, wyobraził sobie. Można noce przedyskutować, nabrać innej perspektywy, a czasem się zwyczajnie tęskni, że to już koniec, że tę ostatnią stronę się już przewróciło... 


Zatem - lubię jak ktoś coś poleci. Mam nawet taki notatnik i w nim zapisuję, jak coś mi wyda się godne uwagi. Ma porządną, skórzaną okładkę i nazywa się Czytajnik. Mógłby się jeszcze nazywać Oglądajnik bo tytuły filmów też tam czasem zapisuję, na zasadach jak powyżej:) Potem czytam opinie o nich, kilka słów o bohaterach i zamawiam. Jutro dotrze do mnie taka książko-przesyłka. Długo się kręciłam wokół tematu i zamówiłam Stulecie Winnych (saga - trzy tomy) i Jeździec Miedziany. Już zacieram łapki. Cieszę się tym bardziej, że na nadchodzący od jutra post zdecydowałam o chwilowej (6 tygodniowej) rezygnacji z usług facebook'a. I messanger'a też. To dobry czas żeby się wylogować i oderwać od wszelakich złotych myśli, łańcuszków i wyścigów na ilość polubień dla Jana Pawła II-go. Nie chcę oglądać politycznych memów, mielić polityki i czytać kąsających komentarzy o tym, czy dobrze, że Tomek Mackiewicz wybrał się na Nanga Parbat. Chcę odsapnąć od reklam płatków Nestle, sugerowania mi, jaką sukienkę mam kupić i nie chcę, żeby facebook życzył mi miłego popołudnia. Nie chcę przez chwilę niczego lajkować, ani za bardzo wiedzieć, czy ktoś jest akurat na Malediwach na wczasach, ani nie chcę żeby facebook informował mnie o tym, czy przyleciały bociany. Może dzięki temu sama to zauważę. Taki post sobie zaplanowałam. Będzie ciągnęło - ja wiem, ale niech to będzie próba charakteru. Jak z czekoladą. Jest oczywiście taka grupa profili, która zawsze wnosi coś wartościowego - bez problemu znajdę ich świetne treści na stronach w sieci. Nawet cieszy mnie fakt, że jak ktoś będzie chciał się ze mną skontaktować to wyśle do mnie ten stary wynalazek, jakim jest sms. Albo zadzwoni - co cieszy jeszcze bardziej. Będę natomiast na instagramie (no lubię go jakoś) i na blogu chcę częściej pisać...Tylko, że te książki przyjdą to mogę przepaść:):):):):):)

Tymczasem zachęcam Was bardzo do sięgania po książki, bardzo Was namawiam. Wybór jest tak szeroki, że każdy znajdzie dla siebie jakąś podróż. 

Pozdrawiam Was ciepło. Odezwę się, jak mi idzie fejso-post:)
Wasza Zylwijka

















piątek, 19 stycznia 2018

Wczoraj.

Bywa czasem tak, że woda na kawę jakby dłużej się gotuje, w kominku, ni czort, nie chce się rozpalić, a dobra książka kończy się zbyt szybko i człowiek tęskni. No taki akurat dzień. Bywa, że myśli pobiegły o jedną za daleko, znowu nie zabrałam wielorazowej torby na zakupy, nie ma z kim pójść na podwójną porcję lodów. Bywa, że w radiu mądrzą się od rana, że miliona pytań syna nie ogarniam, a dżinsy okazały się za ciasne...Bywa czasem właśnie tak.
Bywa, że człowiek mnie jakiś zainspiruje, a inny rozczaruje. Że złoszczę się, jak się tak wszyscy na wszystkim znają i każdy mądry, a jak o radę poprosisz to ręce rozkładają i nie ma komu rur poskręcać, ogrzewania naprawić, buta zszyć. Bywa czasem, że tyle ma się energii i pomysłów, i wszystko by się chciało, ale potem znów każdy z tych pomysłów głupim się wydaje. Bywa, że pewne rozmowy zostają niedokończone, a jeszcze by się chciało. Bywa czasem, że jest jednostajnie, a potem znów wszystko przyspiesza i co ważne umyka... Bywa czasem właśnie tak.
Bywa, że wyczekane listy już nie przychodzą, a te co doszły ranią do krwi. Albo, że człowiek tak bardzo czeka...na coś. Bywa, że jest radości pod sufit, pieniędzy na szałową sukienkę albo podróż do Niewiadomodokąd, zapału do ogromnych przedsięwzięć, ale bywa też tak, że wszystkiego z powyższych brakuje. Bywa czasem tak, że właściwego słowa znaleźć nie umiem, a tu tłumaczenie akurat robię i ten świat słów mi się wali, że pytań czasem mam więcej niż chętnych do odpowiadania na nie, że chałka drożdżowa nie wyjdzie. Bywa tak czasem.


Ale to wszystko było już... Wczoraj.



Wasza Z.









środa, 3 stycznia 2018

Kto ma bałagan na biurku...

No głowa pęka od tych wszystkich postanowień w związku z nadchodzącym rokiem. Ta będzie chudła, ta zaczyna fitness jakiś tam wodny, ktoś naukę języka, spacery z kijkami, podróże małe i duże...Ech. Ja Wam powiem, że u mnie to cieńko z tymi postanowieniami w tym roku. Jak kiedyś zrobiłam to może do marca jakoś szło. Te kilogramy jednak nie spadały, starych znajomości nie odnowiłam, książek nie udało się przeczytać w założonej ilości, cukru nie udało się zastąpić ksylitolem, a utrzymanie siebie w nieustającej ekstazie pozytywnego myślenia jako się ulotniło. No klapło to wszystko samo. Za to ten rok rozpoczęłam stanowczym działaniem i ... posprzątałam w torebce!!! No Boziu, jakiego ona dostała życia!!!!!!!!! Mówię Wam, że te wszystkie postanowienia (w teorii) są nicestwem w porównaniu do radości, jaką niesie wnętrze torebki - przejrzyste, poukładane, bez zbędnych rzeczy, od przedawnionych tzw. pasków z pensją (no nie chcielibyście ich widzieć) zaczynając, a na rozgniecionym czekoladowym batoniku kończąc. No nic nie poradzę - tak wygląda prawda, poznajcie mnie i z tej torebkowej strony:)


To nie jest zdjęcie z mojej ręki i to nie jest też moja torebka. Ale jest w moim stylu, taka by wiele o mnie mogła powiedzieć. Ściorana taka, pachnąca prawdziwą skórą, z plamą od atramentu wewnątrz. Bo to w torebce to życie się przecież nosi, swój taki kawałek świata. Ja mam akurat tendencję do powiększania zawartości tego świata o różniste pierdoły i noszę to później:) No taki temperament. Ale dzisiaj w torebce czegoś szukałam i pyk - znalazłam, wszystko jak pod linijkę. Może do marca, co? To samo mam z biurkiem. Od zawsze. To może osobom niewtajemniczonym wyglądać na bałagan, ale ja wiem, gdzie co mam. Uwielbiam wręcz otaczać się papierami, lubię jak książka leży krzywo, ulotka z dobrą pizzą obok. Płyty zwykle jakieś też są, podręczniki, słownik, jakieś prace do sprawdzenia lub polisa ubezpieczeniowa. Nie wiem jak można mieć zawsze tak idealnie wysprzątane biurko, no nie poczyniam nawet wysiłku, żeby takie zapędy zrozumieć. Ja się nawet chyba boję takich ludzi z nieustającym, idealnym porządkiem: biurko, szafa, terminarz badań okresowych, kosz z prasowaniem, półka pod lustrem w łazience i w tychże miejscach wszystko pod linijeczkę - Jezu... Mi się wydaje, że jak jest taki bałagan twórczy to człowiek jakoś żyje jakby z większym rozmachem, z takim może polotem trochę. Nie ogranicza go to uporządkowanie. Mnie bynajmniej nie. Chociaż powiem Wam, że mówią też, że jak w torebce i na biurku tak w głowie i w sercu może nawet - że chaos czy coś. No trudno mi się do tego odnieść, może cosik tam w tym jest. Ale od czasu do czasu człowiek poukłada, ogarnie, selekcję zrobi to znowu na jakiś czas żyje w pewnym uporządkowaniu. Wszystko jest wtedy w torebce i w życiu przejrzyste, takie wyniuniane, no mucha nie siada. Do marca.

Z pozdrowianiami
Zylwijka:) i jej torebka.



















niedziela, 24 grudnia 2017

Żeby...

Czasem wsiadam do samochodu i odpalam muzykę na cały hajc. Na cały. Zależy co tam jest w odtwarzaczu, ale daję sobie wtedy tak dźwiękowo popalić, że nie słyszę silnika. Wydaje się, że to auto od tej muzyki jedzie. Bywa, że mam takie natężenie wszystkiego, spraw wielu - lżejszych-cięższych, myśli, rozważań, pytań, że to zagłuszenie na te 10-15 minut wydaje się być jedynym rozsądnym ratunkiem. Jedynym. Inaczej bym chyba eksplodowała. A tak to chociaż przez chwilę dźwięki dają odpocząć całej reszcie. Teraz za to jest taka cisza, że własne myśli dopiero zdają się dochodzić do głosu. Mały P śpi spokojnie, a duży P pojechał na pasterkę. Myślałam, że usiądę i spiszę tylko, tymczasem ten tekst idzie ciężko... Właśnie głównie o te pytania mi jakoś chodzi - odpowiedzi znaleźć nie mogę. I pytam przecież to tu, to tam, radzę się, ale prostych dróg nie ma. Nie ma. Ten rok należy raczej do trudniejszych. Ale dzisiaj, może wraz z narodzeniem tego Świętego Dziecka przyjdzie jakieś nowe...coś. Coś może drgnie, przyniesie spokój. Wierzcie, że kto wrażliwszy to się tak czasem umęczy, udręczy sam ze sobą... Pytań ma za dużo, a odpowiedzi jak na lekarstwo, albo wcale nawet. Czasem lepiej być prostym człowiekiem.


W nadchodzącym nowym czasie chciałabym, żeby mi się zawsze chciało...żeby tak nie sparcieć jako człowiek, żebym zawsze chciała biec dalej. I szukać. Żeby tak nie spłycieć w tym wszystkim, i żeby zawsze wzruszała mnie krzywda innych, i żeby mnie niesprawiedliwość mierziła, a lenistwo swoje i innych wkurwiało, bo lepszego słowa nie znajdę...Żeby żyć pełną gębą, dostrzegać, że jestem w dobrym miejscu i z właściwymi ludźmi. I żebym tych mądrych spotykała, bo głupców to nie brakuje. Żeby moje serce zawsze waliło z odpowiednio brzmiącym tąpnieciem, żeby nie dać się, ale iść swoją ścieżką. Żeby się nie bać - inspirować i dać się zainspirować. Żeby tak prowadzić swoje dziecko, żeby był pracowity i pewny siebie, ale nie cwany. Żeby dostrzegać rozmaite zbiegi okoliczności, dobrze je rozszyfrowywać, i żeby mieć wokół siebie szczerych ludzi, nawet jeśli czasem starcie z nimi grozi solidną awanturą. I żeby mi się zawsze chciało drążyć sprawy do końca, żeby nie odpuszczać...Żeby dać się czasem poprowadzić.


Kolejna uroczysta kolacja wigilijna za nami. To naprawdę wielkie szczęście spędzać święta w domu, nakryć się swoją kołdrą, we własnym łóżku, z herbatą w ulubionym kubku. Ja zawsze w święta gdzieś upuszczę łezkę. Zawsze. Myślę o dzieciach w szpitalach i ich rodzicach, o tym jak szurają kapciami po korytarzach niepewni wyników badań, myślę o bliskich, którzy są daleko, a mimo to życzenia od nich w tym roku nie dotarły. Myślę o samotnych, chorych, opuszczonych, myślę o dzieciach w domach dziecka, myślę o duchownych, którzy dźwigają może jeszcze ciężary niełatwych spowiedzi, myślę o ludziach, którzy swoją postawą, pracowitością, sumiennością i oddaniem mnie zawstydzają. I myślę o tych, którym można już tylko zapalić świeczkę, ogarnąć ciepłym wspomnieniem. I cieszę się niezmiernie ze wspólnego czasu z moimi chłopakami - dwie niewyobrażalne miłości mojego życia. Jakie to szczęście móc kogoś tak kochać...

W ten cichy, magiczny wieczór przesyłam Wam wszystkim ciepłe pozdrowienia. Życzę zdrowia i miłości.
Wasza Sylwia.










sobota, 16 grudnia 2017

To nie jest PSTRYK.

To nie jest tak, że pstryk i siada się do takiego bloga, że słowa się napiszą za nas, że te myśli damy radę ot tak przelać. To nie jest też tak, że się siada i czyta te czyjeś napisane słowa. Bo to przecież za tymi słowami stoi czyjeś życie, czyjś akurat dzień, może taki, w którym wszystko spieprzyło się od rana. Może jakiś akurat szczęśliwy, albo taki, po którym człowiek jest umordowany niemiłosiernie, sponiewierany. Albo wycieczkę rodzinną ktoś opisuje, mniej lub bardziej udaną, rozmowy z przyjaciółmi podsumuje, przepisem będzie chciał się podzielić. Albo swój stan ducha ktoś wspomni, że lepszy, czy gorszy, albo, że akurat szuka jeszcze tej swojej drogi. Albo, że znalazł. O tym wszystkim czytający też musi wiedzieć, pamiętać. I wtedy taki wpis brzmi jakoś inaczej, pełniej, może ktoś dłużej pomyśli, swoją refleksję napisze, albo i może przeleci to tylko, jak za przesunięciem palca po ekranie. Tego nie wiem.


Mi ostatnio jakby ciężej myśli zebrać. No taki akurat mam trudniejszy czas. A przecież często, wydaje się, mam gotowy, ułożony w głowie tekst. Gdzieś to później mi uleci, wiatr to wszystko mi rozwieje i koniec. Po ptokach. Ale wiedzcie, że ja tu myślę o Was, czy kto tu zajrzy czasem, pomyśli, że coś wpisów dawno nie ma. Albo ucieszy się, że coś się ukazało. Nieraz sobie myślę jakby to było tak pisać naprawdę, umieć absolutnie całe swoje ja utkać w tekst. Nie, że tam zaraz pisarka wielka czy coś, ale tak siedzieć w pisaniu naprawdę, solidnie ważyć słowa, i pisać tak, żeby serca poruszać.
Kiedyś powiedziałam znajomemu, że czasem to bym to wszystko rzuciła w cholerę i pojechała w Bieszczady. Książkę bym wtedy pisała. Codziennie. I chociaż nie wiem jak ja bym tam w tych górach żyła bo to zaś śniegu by tam napadało po pachy, do maja by leżał, a ja przecież odśnieżarki nie umiem obsłużyć. Jak ja bym tam gdzieś w głębokiej głuszy po chleb maszerowała do wsi, a coś by jeść trzeba było. No jak by to było? Może by sąsiad czasem jakiś zajrzał, ale to znowu by mnie wkurzył, że mi pisanie przerwał i zaś nerwy bo tu ten sąsiad, tu ten cholerny śnieg...


Śledzę taki program w TV, gdzie pokazują ludzi, którzy wyjechali z miast i siedzą teraz na wsi. Niektórzy to wszystko tak na serio - kury, jajka, koń. Inni znowu bawią się w wieś, ale jednak trochę po miastowemu - domek, ogród, eko-herbatki od babki-zielarki z sąsiedztwa. Też fajnie. Ale zawsze, absolutnie zawsze zazdroszczę tym ludziom odwagi, że taki krok podjęli, że tak rach-ciach i życie zmienione o wiadomo ile stopni. Te posady dyrektorskie zostawiają, korporacje, pieniądze. Zawsze mówię do mojego ukochanego: patrz, jacy ludzie, jacy oni są wolni...Chcą to kury nakarmią o piątej rano, albo o ósmej i kto im co zrobi...Albo psa wezmą na spacer, a jak nie to puszczą i poleci sam. Chcą więcej popracować to zakasują rękawy, a jak mniej to mogą kawy wypić trzy i dopiero się zebrać. Wolni. A my ciągle pędzimy. Ja i mój P. Bez ustanku. Ostatnio jakby jeszcze bardziej, szybciej. A przecież ani ja, ani P. tego nie wybraliśmy z własnej woli, to życie nas tak goni...Ja gdzieś te trybiki przykręcam, zwalniam koło napędowe, ale nic to.

Został tydzień do Świąt. Uwierzcie, że otworzyłam komputer i towarzyszyło mi to samo uczucie, kiedy robiłam wpis przed świętami zeszłego roku. Ze-szłe-go! Jakby wczoraj. I jestem przerażona, bo może jak ja się już tak zmarszczę i ze starości wysuszę, jak już będę żyć tylko wspomnieniami to ten sam dreszcz przejdzie mi po plecach - że to wszystko było jakby wczoraj...Życie całe. Że to tak przeleci, przewieje, już było... I dlatego świadomie hamuję, bym chciała wycisnąć z każdej chwili, rozmowy, spotkania ile wlezie, ile się da. I pisać, pisać częściej, jakoś tak pełniej żyć, już pal licho te Bieszczady...


Wasza Z.















niedziela, 1 października 2017

Czasem czas jednak nie pędzi...czasem.

Gdy wyglądam przez okno, on tam jest. Może ma chwilę do emerytury. Zamiata liście, z nikim nie rozmawia. Robi swoją robotę, nie marudzi też. Jak ostatnio przez to okno zajrzałam, to też zamiatał, ale zawartością łopaty było babie lato. Dmuchawę miał do tego dziadostwa - do nosa to włazi, za koszulkę, no wszędzie. A dzisiaj liście. Jesień, bracie, w pełni. I może tylko dzięki temu widać, że czas płynie. A widok przecież ten sam. Czas jakby się jakoś zatrzymał. Tu nikt się nie spieszy, tylko cierpliwie czeka. Na kawę kolejną, na rozmowę, na...coś. Ja czasem tak marnuję czas. Prześlizgnę się tak nieraz przez dzień, nic w zasadzie nie zrobię, do pracy pójdę, po angielsku pogadam, do wydawnictwa zadzwonię, zakupy zrobię, komputer odpalę-zgaszę. A jakoś padam potem ze zmęczenia. Często mam poczucie jakiegoś zmarnowania, jakby się worek energii wyrzuciło, zdmuchnęło jakoś tak. Potem myślę, że jeszcze to czeka, jeszcze tamto. Babskie gadanie. Z ukochanym nie rzadko o tym rozmawiamy. On mówi: no taki charakter jesteś, wszystko naraz byś chciała robić i wszędzie być. Rację ma - ja wiem. 


Często myślę, że mogłabym, że bym nawet bardzo chciała robić to i tamto. I jeszcze potem to, a potem jeszcze tamto. Tyle tych to-tamto można by wyliczyć. Taki niespokojny duch. A potem właśnie wieczorem, jak podsumuję wtorek, czy piątek to mam wyrzuty, że w sumie to przeleciał po prostu dzień wzorcowo. Muśnięty tylko. Ale poznałam też miejsca, gdzie nikt czasu nie marnuje. Gdzie wyciska się z każdej godziny ile się da. Tacy z energią, co chcą podziałać, pomóc, coś swojego wnieść do świata i ludzi zawsze się jakoś znajdą - odnajdą siebie nawzajem. A potem to już tylko wióry lecą, piękne rzeczy się dzieją. I jak to widzę to śmieszy mnie potem taka zwykła ludzka zajadłość, podejrzliwość i plotkarstwo. Bo wiem, że gdyby to tak przekuć w robotę konkretną dla drugiego człowieka to można by przegonić wiele chmur nad czyimś życiem. To proste nie? 


Ale tłumów nie ma. Dzisiaj wiem, że jedno dziękuję, uśmiech, popchnięta do przodu sprawa, ważna dla kogoś - i już jest radość. Chce się więcej. Poznałam ludzi, którzy tak żyją - pełnią życia dla drugiego człowieka. A potem te życia, małe-większe są...lepsze, przez chwilę może chociaż. Tu się można wiele nauczyć. Poznałam ludzi, którzy robią rzeczy dla innych niemożliwe do zrobienia. Żyją tym. Całe ich serducha są w tym, czym się zajmują. A innym to nawet przez myśl nie przejdzie, że można tak po prostu chcieć żyć - dla innych. I uśmiechać się nawet i jeszcze kasy za to nie brać. Wystarczy tylko znaleźć tych ludzi, tych właściwych a potem to już idzie. Znajdą się - są wszędzie. Może nie ja mam tylko czasem to poczucie ślizgnięcia się przez dzień.
Jutro wyjrzę przez to okno i on tam będzie zamiatał. I może wyglądać to tak, że nic się nie zmienia, a przecież z każdym dniem wszystko idzie do przodu. Każdego dnia niektórzy wyciskają maks z każdej godziny. Ci, którzy zamiast politykować, gardzić, znawcować tłoczą energię w dobroć. To proste, nie?

Wasza Z.














sobota, 29 lipca 2017

List do B.

Szanowny Panie B,
Ja nigdy do Pana nie pisałam, a jesteśmy już sąsiadami tyle lat. Czasem Pan wyjeżdżał na długo, w ogóle do mnie nie zaglądał. Czasem był Pan blisko, za ścianą...no jak to w życiu. Czasem mnie te Pańskie hałasy i pretensje, te ciągłe próby naprawiania wszystkiego i wszystkich, te przypominania  jak mam żyć wkurzały tak, że marzyłam o tym, żeby Pan się wreszcie wyprowadził. A Pan ciągle tu wraca do tej kamienicy, ciągle ze mną tu sąsiaduje...Często prosiłam, żeby Pan mi załatwił to czy tamto, po drodze, a Pan nie i nie. Potem zaś sam z siebie Pan pomógł choć ja wcale nie prosiłam i ja się wtedy cieszyłam jak wariatka. Szkoda, że Pan za bardzo nie chce nikogo przyzwyczaić do tego, że tak spełnia te wszystkie życzenia i prośby. Widocznie Pan wie lepiej. Taki dla niektórych dziwak z Pana, ale ja Pana lubię. Ostatnio jakby bardziej. Jak wiem, że Pan się tam snuje za ścianą w swoich kapciach to lepiej się czuję z tą myślą.

Teraz widzę, że ręce się Panu trzęsą, bo to już tyle lat Pan tu jest. Kiedyś pomyślałam, że co Pan tam może wiedzieć, inni tak samo mądrzy się wydają, też w księgach ich mądrości ktoś pospisywał. A ta Pana księga też jest pokaźna, dla wielu za ciężka, może i dla mnie też jakaś taka niewygodna. Ale mam ją w domu, powiem Panu, że czasem zerknę, co Pan tam radzi. Chociaż powiem, że pogadać też lubię, no taki temperament... Ostatnio widzę, że jakby częściej się może spotykamy, o na spacerze, czy jak rowerem jadę to Pan tam nagle się pojawia. I uśmiechnięty nawet. I wtedy myślę, że Pan to nie pozwala o sobie zapomnieć. Że może wielu nie chce mieć takiego sąsiada wszędobylskiego.

Lubię jak Pan zajrzy do nas i kolacje razem zjemy, albo jak Pan coś podpowie, jak życiem pokierować, bo się czasem rozjeżdża to wszystko. A Pan już tyle widział, tyle przeżył, że może coś zaradzi. Bo to i wojnę Pan zobaczył, i syna Panu zabili, i tyle narodzin i chorób i szczęścia widział, pomagał Pan przecież...To i ja sobie czasem myślę, że warto posłuchać. A czasem myślę, że co to też Pan tam wie, że życie już dzisiaj inne, i ludzie inni, że już mało kto się na Pańskie słowa powołuje, że te wszystkie Pańskie kamienice też w końcu Panu sprzedają i co to z tego. A zaraz potem sobie myślę, że wiem, że bez Pana tutaj obok to już życie jest inne, wiem bo sprawdziłam jak Pan na dłuższy urlop pojechał.

Wie Pan, ostatnio bywam w miejscach różnych, obijam się o ludzi różnorakich, co to życie mają trudne, ciężko im, a niektórzy z nich dopiero swoje życie zaczęli. A tu już pod górkę, ale Pan już to widział, prawda? No i co Pan powie? Już Pan jest stary, to znaczy, że to Pana nie dziwi? Pan już nie ma siły pomóc? Oj nerwy mam teraz, ale wiem, że Pan tam swoje rozwiązanie na to wszystko ma. Panie B, niech się Pan nie gniewa, że ja tak bezpośrednio się do Pana zwracam, ja nie chcę Pana urazić, ale niech Pan coś na to odpowie. Lubię jak Pan mówi.

Szanowny Panie B, sąsiedzie od lat, z drobnymi przerwami, niech Pan się już nie wyprowadza. Ja zniosę nawet to, że tak podgłaśnia Pan telewizor, i że czajnik długo u Pana piszczy jak Pan może przyśnie w fotelu, a tu woda wrze. Ja lubię chodzić z Panem pod pachę, a i mój syn Pana potrzebuje. Takiego dodatkowego, dobrego dziadka. Pan go kojarzy, prawda? On co wieczór Pana wspomina, że Pan to, że tamto. A Pan przecież może mu wiele zaoferować, pokazać, i on już będzie wiedział, że taki sąsiad co idzie za nim krok w krok to skarb. Bywamy wśród dzieci, co Pana też znają, bo my Pana zawsze ze sobą w myślach zabieramy. A ostatnio widziałam, że pewna lekarka, młoda taka, niejeden myśli, że co ona tam jeszcze wie...zajrzała do Pana. Z torbami do pracy leciała, ale chyba się Pan ucieszył, że o Panu jeszcze pomyślała i jabłek może przyniosła? Taki sąsiad jest potrzebny, Panie B. niech Pan już nie wyjeżdża. Ja tę Pańską książkę bardziej może przestudiuję, to pogadamy przy herbacie, co Pan myśli? U nas też dla Pana zawsze drzwi otwarte, choć my często zalatani jesteśmy. Ale niech Pan o sobie przypomina, w ścianę wystarczy zapukać.

Panie B, kończę ten mój list, choć tyle jeszcze chciałoby się napisać. Ja mam prośbę, jak listonosz ten list Panu dostarczy to niech Pan powoli czyta te słowa. Pan jest naszym sąsiadem, dobrym duchem naszego życia. Niech Pan już nie jeździ do sanatorium, tam długo trzymają, niech Pan zawsze jeździ z nami. Z Panem zawsze jest milej, łatwiej i bezpieczniej. A jak trzeba to niech nam Pan prawdę zawsze powie, palcem może pogrozi, jak trzeba to pomoże, to ja już to będę mieć na uwadze. O, słyszę czajnik za ścianą, przysnął Pan pewnie...
Ślę ciepłe pozdrowienia.
Z.