
Mam, nareszcie mam swoje miejsce
szpargałkowe!!! Po wielu podchodach, przemyśleniach, zamysłach, koncepcjach mam
wreszcie swoją małą pracownię, w której każdy z moich przydasiów znalazł swoje
miejsce. Musiałam, no po prostu już musiałam to zrobić. Poświęciłam cały jeden
pokój na maszynę do szycia, kartony z
materiałami, wory z wełną do filcowania i wiele, wiele innych, co to się na
pewno przydadzą. Ech, jak się cieszę! Kupiłam nowe zasłonki, kilka bibelotów w
moim ulubionym kolorze turkusowym, abażur na główną lampę, pled i pokój nabrał
świeżości i przytulności. Oczywiście nie jest jeszcze skończony, ale już można
w nim działać. Dotychczas swój ‘warsztacik’ miałam na poddaszu, ale ciągle ten
kącik się zagracał, przybywało rzeczy, które najlepiej byłoby schować, a nie
było za bardzo gdzie i jak. Czas na szycie miałam wtedy, gdy Piotrulek spał, a
jak spał to znów nie chciałam walić maszyną (za plecami sypialnia) i go budzić.
I tak w kółko robota stała w miejscu. Obecnie maszyna jest na dole i
sssiiiuuuu….można szyć, przeszywać, zaszywać, podszywać, no co się chce:) i
nikomu nie będzie przeszkadzać, wprost odludzie maszynowe! Także cieszę się
niezmiernie, a pewnie moje nitki, farby,
pędzle, filce, szpilki też - wreszcie mają swoje miejsce. Brakuje jeszcze kilku
pojemników, może kosze jakieś dokupię i będzie już całkiem fajnie.





Wciąż jestem pod wrażeniem
warsztatów filcowania, o których pisałam w poprzednim poście. Nie
przypuszczałam nawet, że filc może mieć tyle zastosowań. Teraz jestem na etapie
tworzenia drobnej biżuterii, więc moja mini-komódka na drobne ozdoby wzbogaciła
się o dwie pary kolczyków, a i teraz mam chrapkę na może jakiś naszyjnik.
Cudeńka można zrobić dosłownie w kilkanaście minut (kule na kolczyki), wszelkie
inne formy wymagają trochę więcej czasu, ale to czysty relaks i wielka potem
radocha, że ma się coś od podstaw swojego. Zachęcam Was do próbowania i
robienia wielu rzeczy samodzielnie. Jadwiga (prowadząca warsztaty) przekonywała
że za bardzo, bardzo niewielkie pieniądze, albo nawet bez jakichś kosztów można
zrobić wiele rzeczy potrzebnych człowiekowi do życia. Garnki, ubrania, tkaniny,
obicia meblowe i wiele, wiele innych, wystarczy trochę chęci i pracy. I tak
właśnie chyba jest, choć najczęściej mamy problem chyba z tymi chęciami…Za to
jak już się ruszy to zwykle robota idzie jak burza, nie jest tak?
W naszym ogrodzie trwają prace
wycinkowo-obcinaniowo-formowane. Otóż biegam w nożycami i przycinam wszelkiego
rodzaju krzewy, które wymagają już podcięcia. To ostatni dzwonek na tego typu
prace, trzeba dać roślinom czas na zregenerowanie się jeszcze przed zimą.
Inaczej choróbska na nie włażą potem i kłopot, bo rośliny marnieją. Także jeśli
macie zamiar coś jeszcze przed zimą przycinać to właśnie teraz kochani, nożyce,
sekatory w dłoń i ciach, ciach, ciach… Wkrótce przyjdzie czas na wykopywanie
roślin cebulowych, które nie zimują np. mieczyków, dalii, floksów. Można także
wykopać cebulki tulipanów i przesuszyć je przez zimę w mieszkaniu, a następnie
ponownie posadzić. Będą jak nowe i wystrzelą swoimi pięknymi kwiatami, że ho
ho… Przycięłam też irysy, berberysy, perukowce, jaśmin, wierzby i tak biegam po
ogrodzie i patrzę co by tu jeszcze:) Straszne lubię
przycinanie i formowanie, chociaż nigdy nie robię totalnie symetrycznych form, takie
nadają się do nowoczesnych ogrodów, terenów zielonych, na osiedla. Nasz ogród
jest wiejski-sielski i takie ogrody podobają mi się najbardziej. Dużo kwiatów,
kolorów i ptasich gniazd, a każda roślina żyje sobie według własnego pomysłu,
no chyba że nadejdę z nożycami:)
Czekam już na maliny, co nie co
można już podjeść z krzaka, za chwile spakuję malinki w słoiczki dżemowe,
uwielbiamy wyjadać je potem zimą z herbatnikami lub biszkoptami. A najlepiej
smakują wyciągane wprost do buzi łyżeczką…mniam. Za to trudno mi w tym roku
zabrać się za ogóreczki, no jakoś tak stoją i czekają, mam przepis na sałatkę,
ale też coś opornie idzie. Obiecałam sobie jednak, że w tym tygodniu zrobię choć
kilka słoików. Morelki się kończą, po papierówkach nie ma już śladu, dojrzewają
węgierki. Natura przez cały sezon podsuwa jakieś dobrocie zatem trzeba
korzystać i chrupać, zrywać, zajadać ile się da.
Obserwujecie spadające sierpniowe
gwiazdy? My zwykle mamy na uwadze oglądanie tego cudownego spektaklu ale niebo
nad naszym domem uparcie odmawia przepuszczenia przez siebie jakiegokolwiek
widoczku, nic. Ciągle zachmurzone, o gwiazdach trzeba zapomnieć, a przecież
każdy ma jakieś życzenie schowane gdzieś głęboko w kieszeni. I co? I komu je
powiedzieć żeby się spełniło?

A na koniec częstuję tartą
jagodową. Ciasto wyrabiam ‘na oko’, trochę masła, 1 żółtko, cukier, cukier waniliowy,
mąka – tak, żeby konsystencja ciasta nie lepiła się zanadto do ręki. Chwilę
wyrabiać, podsypywać mąką jeśli ciasto wydaje się zbyt lepkie. Po wyrobieniu
wsadzić na 15 minut do lodówki, a potem wyłożyć ciastem formę do tarty. Piec,
aż się lekko zrumieni. A i pamiętajcie o nakłuciu ciasta widelcem bo inaczej
pęcherzyska powychodzą! Po wystygnięciu zasypać tartę mrożonymi lub świeżymi
jagodami (można dodać jeżyny) i wszystko zalać lekką stężałą już galaretką z
owoców leśnych. Taka tarta grzechu jest warta:) Smacznego.
To już koniec. Zdradzę tylko
jeszcze, iż wybieram się na warsztaty filcowania drugiego stopnia. Ktoś chętny?
Sobota, 18 sierpnia, godz. 10.00-14.00. Na pewno zrelacjonuję co i jak:)
Papatki,
pozdrawiam ciepło.
Zylwijka